Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 marca 2012

na wstecznym wg olszewskiego

Czy wszyscy już są?
Ceremonia zaraz zacznie się.


To ceremonia w dwóch aktach, akty są zresztą miarą bliską twórczości Marka Olszewskiego – zarówno te z nomenklatury dramatycznej, używane w konstrukcjach utworów, jak i plastycznej, choć tu nagość jest więcej niż cielesna, sięga dalej od najgłębszych organów. Pierwszy odsłania mroczne scenografie, ciemne rekwizytorium, towarzyszące jedynemu na scenie, samotnemu bohaterowi, którego odwiedzają – lub nawiedzają – duchy przedwcześnie zmarłych poetów. W drugim zaś akcie scenografia i rekwizyty zostają wyniesione, a scenę zaludniają postaci, do
bohatera dołączają bowiem kobieta i dziecko, a jego opuszczenie zmienia swoją formę – nie jest już samotny, ale osamotniony; przychodzą także duchy przodków, wraz z nimi społeczne i pokoleniowe tradycje, konwencje, zobowiązania. Dla tych dwu aktów cezurę czasową stanowi rok 2011.

Literatura nie jest w ogóle powołaniem, tylko przekleństwem, zapewniam panią. Kiedy zaczyna się czuć to przekleństwo? Wcześnie, straszliwie wcześnie. W czasie gdy należałoby słusznie żyć jeszcze w spokoju i zgodzie z Bogiem i światem. Człowiek zaczyna czuć się napiętnowanym, w zagadkowej sprzeczności z innymi, zwykłymi, porządnymi; przepaść ironii, niewiary, opozycji, poznania, uczucia, dzieląca ludzi, pogłębia się coraz bardziej. Przychodzi samotność i odtąd nie ma już porozumienia.

Nad pierwszą częścią tekstów, będących przekrojem twórczości z lat 2006 – 2010, najczulszy i zupełnie dominujący patronat obejmują nieszczęśliwi, wyklęci poeci: Charles Baudelaire, Andrzej Bursa, Jim Morrison, Sylvia Plath, Artur Rimbaud, Edward Stachura, Rafał Wojaczek – stanowiący bezpośrednie odwołanie lub przywołani tylko w domysłach. Ten destrukcyjny modus vivendi podmiot liryczny Marka Olszewskiego dzieli ze wspomnianymi postaciami, czego wyrazem jest parafraza Ballady bezbożnej, utworu, z którego podmiotem Marek identyfikuje się tak mocno jak z własnym; jest to transpozycja modernistycznej postawy ostateczności wobec sztuki – można być albo człowiekiem, albo artystą. Podmiot więc nie tyle wybiera, co zostaje mu wybrane bycie człowiekiem bohemy, a wraz z tym niebezpieczny, niewiarygodny świat jak z lunaprakowych luster, które nigdy nie odbijają prostej rzeczywistości; jest to świat z gwałtownym ogniskowaniem, którego trajektorie znaczą halucynacje, trucizny, szaleństwa, cierpienia i zbrodnie, a wszystkiemu, nawet chorobliwemu pożądaniu, zawsze najbliżej do śmierci.

Już w Operze narodowej znajduje się wagabundę, niespokojną duszę, która kształtowana jest przez sztukę i która czerpie z niej najwyższe wartości. Jednak mimo iż ten sposób konstruowania biografii niewolny jest od doświadczeń niszczących czy kontrowersyjnych, w Operze… widać także inny rodzaj przeżyć, które wracają później w cyklu Aktów – określenie własnej tożsamości i poczucie przynależności do kręgu kulturowego, miejsca pochodzenia, przestrzeni, w której się żyje i buduje przyszłość. Najgłębiej zaś, do tych najbardziej niebezpiecznych, najbardziej ciemnych momentów bycia artystą i bycia z artystą, schodzi cykl Trauma. Tu ojciec – niczym ten z Nie-boskiej komedii – doznaje wszystkich gorączek i pokus, jakie chowają się w głowie poety: od odurzających trunków, przez zdradzieckie pożądanie, aż do szalonych zabaw ze śmiercią. Zachowania te, nieakceptowane w świecie, w którym żyje, czynią go osobą wyalienowaną, niezrozumianą nawet przez najbliższych, a więc – samotną. Sama poezja zaś ukazana jest jako zjawisko nie tylko mocno destruktywne, tak dla poety, jak i dla jego otoczenia, ale chorobotwórcze, przesunięte zostaje w sferę najwyższego zagrożenia. Podobny wpływ sztuki na relacje interpersonalne widoczny jest w wierszach Moja kobieta poety oraz Gitara, jest to zależność poeta – kobieta. W drugim, wcześniejszym tekście, poezja znów pokazana jest jako zjawisko o oddziaływaniu katastroficznym, wymuszającym ostrość, dramatyzm zachowań, egocentryczne okrucieństwa, które wraz z poetą unieszczęśliwiają kobietę. W pierwszym tekście natomiast dramatyzm zostaje ułagodzony, co wynika być może z tego, że sztuka dotyka już nie jedną ze stron, ale obydwie – i poetę, i kobietę – jedna siła niszcząca zostaje więc zrównoważona drugą, taką samą siłą. Również w cyklu Relikt występuje interpersonalna zależność, tym razem na linii poeta – dziecko. Dziecko, jako połączenie dwu niszczących sił, jest świętą konstrukcją, w której można zawrzeć wszystkie dotychczasowe doświadczenia i mieć w niej nowy początek; jest to jednak ta ciemna, niepewna świętość natchnienia i geniuszu, znów sztuka ma właściwości chorobowe – jeśli nie jest zakaźna, jest dziedziczna. Jest to także moment, kiedy ciężar przesuwa się na drugą osobę, co dostrzegalne jest też w kończącym tę część cyklu Aktów, poeta może więc już zaznawać szczególnego rodzaju męczącej wolności – wolność ta bowiem nigdy nie może być czysta, piętno sztuki sprawia, że zawsze będzie to stan niedokończenia lub niezaczęcia, zawsze męczący stan pomiędzy.

Stoję na granicy dwóch światów, w żadnym nie czuję się u siebie, stąd jest mi trochę ciężko. Wy, artyści, nazywacie mnie mieszczuchem, a mieszczuchy chcą mnie uwięzić… nie wiem, co z dwojga boli mnie bardziej. Mieszczuchy to głupcy; ale wy, wielbiciele piękna, którzy nazywacie mnie flegmatycznym i pozbawionym tęsknoty, powinniście pamiętać, że istnieje artyzm tak głęboki, tak związany z początkiem i losem człowieka, że nie ma dlań słodszego i godniejszego odczuwania nad tęsknotę ku rozkoszom zwyczajności.

Druga część tekstów to utwory najnowsze, powstałe od początku 2011 roku. Historia w nich opowiadana zaczyna się w chwili, w której kończy się w części pierwszej, stanowi zatem naturalną kontynuację. Tu sztuka nie jest już czynnikiem determinującym zachowania podmiotu lirycznego, nie ma już szalonego poety i demonicznych kobiet, ale rodzina i domowa harmonia, bardziej niż modernistyczne idee, zajmują podmiot Marka Olszewskiego. Teraz nowe role i przestrzenie do wypełnienia wyrywają go z łożysk stopniowej, uświęconej degradacji, wkładając w tradycje i powinności. Jednak mimo przesunięcia zainteresowania na bliskich, na budowanie ciepła i stabilności, podskórne modernistyczne przyzwyczajenia nie mogą zostać całkiem odsunięte – artystę definiuje bowiem sposób życia, wewnętrzne przeżywanie rzeczywistości, stąd też poetyckie nawyki w oglądzie świata, szczególna wrażliwość nie dają zapomnieć. W bohaterze rodzi się więc konflikt, rozdarcie między dwiema sferami – społeczną i artystyczną – a wraz z nimi poczucie osamotnienia, jako że w pełni nie należy do żadnej z nich.

Ten brak przynależności, połowiczność bycia artystą, owocują bólem ciągłej tęsknoty. Takie są Fantasmagorie, Domy, Hybrydy zdarzeń, Jedna druga ze stu, pojawia się on także od Wielowersu noworocznego aż po anatomię woli. Niespokojna dusza, wciąż pełna wartości i pięknych idei, jakich nauczyło ją nieustanne współistnienie ze sztuką, trudno mieści się w konwencjach, trudno ustępuje zasadom, których przestrzegania się wymaga – tradycjom kulturowym, przymusom społecznym, wzorcom rodzinnym; znajduje w sobie kompromis jedynie dla wyższego dobra, dla tak długo poszukiwanego ukojenia, bunt i tęsknota jednak pozostają – tęsknota przede wszystkim do przeszłości, do początków, jasnych, prostych, beztroskich wyborów, do czasu, kiedy to poezja była katalizatorem wszystkich zdarzeń, jedynym wyzwoleniem i jedynym ratunkiem; to również tęsknota za idealnym, za niebyłym, lecz perfekcyjnym układem rzeczywistości, jaki niesie ze sobą literatura. Ten głód działa jednakże w dwie strony – kiedy strefa codziennych powinności staje się zbyt ciasna, ucieczką jest nieograniczona przestrzeń twórcza, kiedy zaś zaczyna dominować przeszłe wspomnienie zbyt samotnej wolności, miejscem schronienia zostaje dom, w którym wszystkie pragnienia i lęki wreszcie znajdują zaspokojenie. Być może to właśnie niemożność dopasowania do tylko jednego ze światów i połowiczne funkcjonowanie w obydwu sprawia, że tak wiele jest tu nawiązań do tekstów wcześniejszych, tak wiele konstrukcji paralelnych. Opera świętokrzyska ułożona jak przedtem Opera narodowa, Irrarmageddony zapoczątkowane zostały przez Relikty, Teatr w czterech aktach tytułem sygnalizuje związek z już istniejącymi cyklami, Na skrzydłach gwiazd ma swoich poprzedników w Gitarze i Mojej kobiecie poety; ta część ma też własną parafrazę Ballady bezbożnej. Każda ucieczka ma jednak swój powrót i Mała/ wielka sprawa przekonuje, że to właśnie ten powrót jest najważniejszy.

Życie Wojaczka staje się twórczością, a gdy jej zabraknie, skończy się życie.

Podobnie jest u Marka Olszewskiego – są to teksty, które cechuje silny biografizm; życie napędza sztukę tak bardzo jak sztuka napędza życie, tak że trudno te dwa procesy odróżnić i oddzielić. To szczególna ceremonia, podczas której da się wyróżnić całe powtarzające się rekwizytorium, motywy, jakie przewijają się przez całą twórczość, a mające źródło właśnie ściśle przylegające do życia. I choć bolesny pozostaje rozdział między artystycznym idealizmem a społecznymi narzuceniami, poezja zawsze jest tym, co wiąże poetę w samym sobie, nie pozwalając mu na pielęgnowanie słabości – zawsze jest tym, co opuszcza poetę ostanie, więc dopiero

Gdy muzyka ucichnie już
Zgaście światła.


Iga Reczyńska [Malik (przyp.aut.)] - marzec 2012

sobota, 10 lipca 2010

SUPERVISOR

Klatka schodowa cuchnęła gotowaną kapustą i starymi, butwiejącymi wycieraczkami. Na jednym jej końcu wisiał barwny plakat, zbyt wielki do eksponowania w ciasnym wnętrzu (…), plakat z ogromną twarzą. Była tak namalowana, że oczy mężczyzny zdawały się śledzić każdy ruch przechodzącego. WIELI BRAT PATRZY, głosił napis u dołu plakatu. 

Podobnie jak Wielki Brat George’a Orwella, patrzy supervisor z cyklu wierszy Marka Olszewskiego. Supervisor to jedynie oczy i cień, ale ta bezpostaciowość pozwala mu na wszechobecność – wystarczą mu najmniejsze szczeliny, najmniejsza nieuwaga, żeby przekraść się w prywatne struktury podmiotu lirycznego; pozwala mu również na przybieranie zróżnicowanych kształtów - nawet tych pozornie pozytywnych - na podszywanie się pod dobre uczucia, dzięki czemu może podstępnie przemycać siebie do lirycznego świata, który powoli burzy od środka. A wie, którędy wejść, w czym się schować i gdzie się ukryć, czekając odpowiednich momentów, bo jego oczy – jak te z plakatu – nieustannie inwigilują, uważnie nadzorują każde poruszenie i każdy oddech – cień supervisora nie zasypia nigdy

Każdy z wierszy cyklu obowiązuje podział trzyczęściowy – łączący wszystkie elementy serii supervisor to postać dominująca w części pierwszej. Kształtuje on całą rzeczywistość, w której zanurzony jest podmiot i choć jego obecność nie jest od razu zauważalna, jest subtelniejsza i bardziej dyskretna niż mężczyzny z orwellowskiego ściennego wizerunku, to ingerencja w codzienność, przejawy ciągłego przebywania w tej przestrzeni najbardziej intymnej – domu – odczuwane są boleśnie przez wszystkich, którzy się w niej znajdują. Następuje degradacja pięknych i z trudem budowanych wnętrz. Początkowo jest to rozpad fizyczny – odrapywanie, przeciekanie, wypalanie, butwienie; rozpad ten jednak stopniowo przenosi się i miesza ze sferą uczuciową - przeżycia duchowe korelują ze stanami dotykającymi cztery ściany, z ich mechanicznym niszczeniem: zdaje się, że mury żyją w ścisłym, symbiotycznym związku z tymi, którzy je zamieszkują, przejmując ich emocje i to już nie przedmioty wiszące na ścianach, nie kształtne ozdoby stanowią o charakterze pomieszczeń, ale same pomieszczenia wyrażają to, kryje się głęboko w ciałach lokatorów. Translokacja w strefę układów nerwowych sprawia, że supervisor coraz bardziej się zadomawia – zadomawia, bo wrasta mocno w obszary osobiste, przelewa się w powietrze, meble, sztućce, zastawy i sprzęty domowe, i w domową miłość – tę małżeńską i tę rodzicielską. Z czasem jego zadomowienie zamienia się we wdomowienie – już nie można rozpoznać, gdzie dom, a gdzie supervisor, nie można zabić supervisora. Cykl zatrzymuje się w momencie zupełnego rozkładu w części pierwszej, czego chwilą kulminacyjną jest noc supervisorów – dezintegracja tak głęboka, że nawet sam supervisor ulega podziałowi, nie jest już jeden, ale pojawia się zwielokrotniony, zbiór zimnych obsesji i paranoi. Natomiast poziom tychże obsesji i paranoi odmierza okno – niczym czuły termometr lub waga łazienkowa, jego stan rejestruje i obrazuje nawarstwianie się tego, co negatywne, obce i niepożądane; to okno składuje ich ciężar, ale również nadzieję i siłę, które wyczerpują się wraz z jego erozją. 

Świat na zewnątrz, nawet oglądany przez zamknięte okno, tchnął chłodem. W dole, na ulicy, podmuchy wiatru wprawiały w wir kurz i skrawki papieru, a choć świeciło słońce, niebo miało barwę stali; wszystko było pozbawione koloru – z wyjątkiem porozlepianych wszędzie dookoła plakatów.

Część druga – środek kompozycji omawianych wierszy – to część najkrótsza. Jest to moment, w którym główną postacią jest sam podmiot liryczny, chwila tylko dla niego i to on oraz jego refleksje są w niej najważniejsze. Bo ta część to miejsce na przemyślenia, analizy, ocenę stanów przeszłych, przyszłych i teraźniejszych. Podmiot jak skrupulatny matematyk oblicza swoje emocje i energię, sumuje, dzieli i mierzy. Wyniki jednak go przerastają – początkowa wiara we własne doświadczenie oraz pewność czerpana z poznania, ulegają przemianie, zamiast nich pojawia się zmęczenie, wraz z coraz większym zmęczeniem – większa słabość i poczucie bezradności. Rodząca się i stopniowo wzrastająca niepewność względem swoich możliwości, obawa przed niedostatkiem sił, które pozwoliłyby mu na przeciwstawienie się nękającym go okolicznościom, sprawiają, że przeważać zaczyna uczucie zniewolenia, opętania przez zewnętrzne warunki, co jest przejawem przenikania treści poruszanych w części pierwszej; im więcej przestrzeni zajmują one w świadomości podmiotu lirycznego, tym mniej zostaje jej dla niego samego – podczas gdy dla niego na pierwszy plan wysuwa się wrażenie ubywania, zanikanie wszystkiego, co było kiedyś ważne, negatywne, supervisoryczne obrazy rozrastają się, zdając się być nienasycone. Środek jest to bowiem także miejsce o konstrukcji mostu, przewleczone pomiędzy częścią pierwszą i trzecią, krótki oddech po jednej i zbieranie sił w przygotowaniu do kolejnej, epilog sytuacji pokojowych i wstęp do pocieszenia.  

Moja mała, do widzenia już,
Jeszcze raz buzi daj,
A wywalczę ci kraj,
Wielki kraj pełen zbóż.
 

Podobnie jak u Tadeusza Gajcego, w części trzeciej cyklu dzieją się zmagania o własne miejsce, swobodne i obfite, własną ziemię czy bardziej – podłogę. Pojawia się w niej też, znów podobnie jak u poety, postać ogniskująca wszystkie najlepsze uczucia, także te motywujące potrzebę ochrony i dbałości; zaznacza się obecność jeszcze jednego bohatera – przedmiotu lirycznego. Przez podmiot nazywany jest maleńką, co pozwala ustalić relacje, jakie między nimi zachodzą. Użycie formy deminutiwa zdradza bowiem stosunek emocjonalny względem opisywanej za jego pomocą osoby, a także wzajemne zależności. Ten ton czułości mówi również o tym, że kobieta, której nadaje się tego rodzaju pieszczotliwe imiona, jest obiektem opieki i troski. To dla niej jest pocieszenie i budowanie spokojności, dla niej kołysanki o bezpieczeństwie, ufności i miłości. Jednak, jak było w dwóch poprzednich częściach, w tej także początkowe stany ulegają zmianie, a nawet zamianie – to ta otaczana opieką ma stać się źródłem opieki, ta wymagająca ochrony ma przejąć rolę ochronną. Kobieta, niczym w greckim wzorze, dostaje insygnia, pozwalające na przybieranie póz kariatycznych, podtrzymujących z pietyzmem rzeźbione konstrukcje. Wobec zaznaczającej się w powyższej części bezradności podmiotu lirycznego, jego stopniującego się poczucia bezsilności, to ona staje się centrum siły, centrum życia i nadziei, a zatem i przyszłości. W niej też znajduje się cała stabilność, pewność i niezmienność wszystkich najważniejszych, podstawowych wartości, tych prostych i pierwotnych, do których zawsze można wrócić. Jest w tym atawistyczna wiara, świętość i poszanowanie, czego dowód daje podmiot w aktach zaufania. To zdaje się być gwarancją ostatecznej nienaruszalności, ostatecznego przetrwania wspólnych więzi, nawet pomimo obaw i wątpliwości, a także tego, że i w tej części nie udaje się uciec od supervisora. Jego czujny wzrok sięga również w nią, jego cień przecieka z powyższych kondygnacji wraz z zaczynami chorób i rozkładu. I tak jak na początku narzędziem mierniczym rozpadania było okno, tak teraz skalę tę wyrysowuje się w poezji. Bo to właśnie terminologia wywodząca się z poetyki czy teorii literatury służy często podmiotowi lirycznemu do opisywania stanów życia. Słowa, wersy, metafory, apostrofy, atrament, kartki zapisane wierszami zdają się budować rzeczywistość, zdają się być jej budulcami podstawowymi, niczym komórki budujące ciało. Poezja więc, a także jej części składowe oraz przedmioty jej towarzyszące, jak wrażliwa rtęć rejestrują wszystkie zmiany. Za pomocą tych rekwizytów zaznacza się niszczenie i rozpad, butwienie i obumieranie szczęścia i dobrych uczuć. Nawet dwojaki, będące wynikiem poezji, na początku oddające jedność, nierozerwalność i wieczną trwałość, podlegają degradacji; dwojaki to zresztą jeden z ingredientów najbardziej osobistych w omawianych wierszach, nie tyle nawet dla podmiotu lirycznego, co dla samego autora. Jednak supervisor nie ma już tyle władzy i wolności co poprzednio, nie jest też tak bezkarny, a obszar jego działalności staje się coraz bardziej ograniczony; coraz bardziej ma dostęp jedynie do zewnętrznych przejawów prywatności, zatrzymuje się na najmniej intymnych liniach domowych. Choć i ta ingerencja nie jest bezbolesna, a doświadczenia tego rodzaju zmieniają wewnętrzne struktury. Najbardziej widoczna zmiana zachodzi w budowie przedmiotu lirycznego, dotyczy ona bowiem elementu, który pełnił funkcję określającą go – imienia. Nie jest to już maleńka, ale mała; brak zdrobnienia świadczyć może o zajściu swoistego procesu dojrzałości, wyczerpaniu się niewinności, w miejsce której trudne przejścia ukształtowały pełną świadomość i samodzielność. Jest to jednak nadal pojęcie nacechowane emocjonalnie, co nie pozostawia wątpliwości, jakich uczuć jest ta postać nośnikiem.  

Moja mała, otrzyj łzy,
Będę listy pisał ci,
O wojence nie myśl źle,
Moja mała, moja mała,
Mój ty śnie.
 

Wiesze wchodzące w skład cyklu Marka Olszewskiego ze względu na sposób złożenia są jak tryptyki ołtarzowe, obrazy z rodziną na pierwszym planie; może nie całkiem świętą, ale też nie do końca można takiemu stwierdzeniu zaprzeczyć, bo miłość, która mimo wszystkich nieszczęść i doświadczeń tylko się modyfikuje, ale jej nie ubywa, nadaje ludzkim więziom wymiar sakralny. Bo to właśnie o rodzinie. Nie dalekiej, nie telewizyjnej ani nie gazetowej, nie książkowej nawet. O rodzinie, w której wszystko się zdarza – trochę pięknej, trochę smutnej, trochę szczęśliwej, trochę mającej troski, w której każdy ma swoją rolę, choć bywa, że nie ściśle przypisaną. Bo jak napisał sam Marek Olszewski: „W całej tej popieprzonej gonitwie za pieniądzem, męskość traci na wartości... Zatraca się zasadnicze miejsce mężczyzny w domu. Rolę decyzyjną z konieczności przejmuje osamotniona kobieta, zlew kapie (bo kto ma naprawić), podobnie dach, rynna, płot przed domem. Syn zamienia się w nagradzaną materialnie, rozkapryszoną niewiastę, bo kto ma mu przekazać wzór męskości (?), kto ma z nim zbić karmnik dla ptaków (?), dać klapsa (?), albo ot po prostu pogadać o męskim punkcie widzenia świata.” W jego świecie literackim rodzina nie tyle naśladuje rzeczywiste życie, ile tym życiem jest. Cykl zatrzymuje się w pewnym określonym momencie – zatrzymuje, bo nie kończy. Pokój, otwierający swoje wnętrza, w które można patrzeć, ale które są tylko jego, pokój pulsujący emocjami i przemianami, z pewnością będzie jeszcze czekał – i na lokatorów, i na czytelników – jak w życiu.  

Świadomość, iż czeka na nich pokój, do którego nikt inny nie ma dostępu, była nieomal równie przyjemna jak przebywanie w nim. Pokój wydawał się minionym światem, skansenem przeszłości, w którym mogą bytować gatunki dawno wymarłe gdzie indziej.

Iga Reczyńska [Malik (przyp.aut.)] - lipiec 2010

piątek, 2 stycznia 2009

Balustrada (recenzja)

relikt z nasienia lirycznego,
co z ust płyną mu kwiaty

/Relikt II/

   Tak sentymentalnie, gdyż przyznam się, że to pierwszy utwór, który przeczytałam. Sam tytuł nie pozwolił mi zrobić inaczej. To takie moje wewnętrzne emocje.

   Zastanawiałam się, czytając cały materiał, czy o wierszach Marka można powiedzieć wszystko i zakończyć. Stwierdzić, że to co ważne już zostało powiedziane, że teraz to już tylko kolejne epizody wcześniejszych zmagań z piórem. Jednak nie. Marek zaskakuje cały czas. Co jednak udało mi się zauważyć, to fakt, że jako autor, poeta, kontynuuje swoje myśli. Pozwala im się rozwijać, a rozwój następuje niczym kolejne etapy w życiu. Jego poezja opowiada, ścierają się w niej dwa światy. Ten realny teraźniejszy i ten, który pozwolił tej teraźniejszości zaistnieć. Oczywiście wszystko otoczone jest bardzo dokładnie całą masą elementów, rekwizytów i zakodowanych myśli.

   Wiersze Marka nie stają w miejscu. Nie mogą, bo to po prostu nierealne. Nie zatrzymuje się w miejscu czegoś, co musi biec, co musi iść po wyznaczonym przez autora torze.

   Ten zbiór przepełniony jest optymizmem. Przemykają przez wersy małe smutki, wspomnienia, jednak wszystko to tonie pod naporem radości. Skierowania myśli na tor nowy. Na drogi, które już poznane częściowo poznaje się dalej. Nie kończy się po nich wędrówka. Peel przywołuje wcześniejsze sytuacje ze swojego życia, aby zobrazować czytelnikowi wszystkie zmiany, jakie w nim zaistniały. Nie bez przyczyny nawiązuje w dużej mierze do tego, co nie sprawiało zbyt dużej przyjemności. Na kontrastach najlepiej pokazuje się różnice, które zmieniają ważne poglądy., które potrafią nawet zmienić patrzenie na samego siebie.

jestem
krystalicznie czystym zwierciadłem

/jestem tylko echem/

to słowa, które mogłyby podsumować wszystko co zapisane w tym zbiorze, a jednak są tak bardzo przeciwstawne całej treści zawartej w wersach. Można by rzec, że bohater wierszy Olszewskiego zaczyna nowy etap. Zaczyna część swojego życia, która już nie będzie taka jak dawniej, w której są półki z odstawionymi dla kurzu rzeczami. Zaczyna się etap, który pojawił się niczym spadająca gwiazda, mająca spełniać życzenia, z tą różnicą, że ta gwiazda nie gaśnie. Ona dopiero zaczyna silnie świecić dając nowe drogowskazy. Marek kreuje nową postać, która po wielu schodach, jakie pojawiły się w jej życiu, teraz zostaje w miejscu, tutaj, by zacząć w swoim życiu coś innego, coś co daje radość.

   Odkrywanie w swoim życiu nowych przyjemności powoduje, że nie zostajemy w tyle. Jednak bardzo ważne jest, aby nie zapomnieć skąd jesteśmy, co ukształtowało nas w taki właśnie sposób, o tym, co wpłynęło na nasze myśli. Wspomnienia, nawet te, które mogą być przykre, są częścią nas. Człowiek od zawsze jest poszukiwaczem i będzie szczęśliwy dopiero gdy odnajdzie swoją Itakę.

Sylwia Kanicka - 2 styczeń 2009

poniedziałek, 24 grudnia 2007

Bursztynowe Zwierciadła (recenzja)

Jestem srebrne i dokładne. Nie mam uprzedzeń.
Cokolwiek widzę połykam natychmiast
Takie, jak to jest, niezamglone ani miłością, ani nienawiścią.
Nie jestem okrutne tylko prawdomówne -
Oko małego, czworokątnego boga.
(…)
Twarze i ciemność rozdzielają nas bezustannie.

/Lustro Sylwia Plath/

    Każdy choć raz w życiu zaglądał w lustro przyglądając się dokładnie rysom swojej twarzy. Chciał sprawdzić, czy na pewno nic nie uległo zmianie. Ilu zobaczyło prawdę, a ilu było takich, którzy ujrzeli to, co miało się tam ukazać. Ktokolwiek, będąc dzieckiem, miał możliwość przeglądania się w lunaparkowych lustrach, to widział w nich obraz śmieszny, czasami niepodobny do oryginału. Popatrzmy wstecz, i spójrzmy na teraźniejszość – czy tamto dziecko, a dzisiaj dorosły, w prostym zwierciadle nie widzi tej samej zdeformowanej twarzy, pokrytej setką masek, aby tylko było tak, jak tego oczekuje świat?
    Dlaczego zaczęłam w ten sposób? Wyobraźmy sobie człowieka siedzącego przed lustrem, z oczami wlepionymi w to co się w nim odbija. Niby zwyczajny obraz. Każdy powie – no przecież jestem tam ja. I ja się z tym zgodzę. Jesteś tam ty, ja i każdy, kto znajdzie się w tej pozycji. Tylko dlaczego nie ma tego co było klika lat wstecz?

Zwierciadła zatrzymują czas,
By można było spojrzeć na prawdę
Kiedy pozostanie już tylko iluzja

/Wizualizacje/

Pięknie ujęty temat moich rozmyślań. Marek kolejny raz sprawił, że pewne elementy, które są mi całkowicie znane, nagle zatraciły swoją wartość. Bo oto mam człowieka, peela, który odkrywa przede mną największe, skrywane tajemnice. Mówi do mnie i zmusza mnie do słuchania. Do czytania pomiędzy kolejnymi wersami, a ja czuję się bezsilna…dlatego że chyba nie potrafię czytać z ust. Mam dziwne wizje. Ktoś stoi na rozstaju dróg, gdzie połamano wszystkie drogowskazy. Nie ma łatwej drogi, a jest trudna decyzja. Widzę człowieka, który mówi:

Gdy patrzę za siebie
na moje życie
uderza mnie widok pocztowych
kartek
zniszczonych zdjęć
wyblakłych plakatów
z czasów, których nie pamiętam.

/Jim Morrison/

i ten obrazek nie pozwala mi patrzeć inaczej. Kiedy czytam poezję Ciućki [Olszewskiego (przyp.aut.)] towarzyszy mi to samo uczucie. W jego słowach zawsze znajduje się dwuznaczność, jest dążenie do celu poprzez zdobycie odpowiedzi na wiele pytań jednocześnie bez szukania ich. Ciućka [Olszewski (przyp.aut.)] przypomina mi smak tamtego poety.

Bursztynowe Zwierciadła są próbą patrzenia poza lustro, poza maskę, która jest na twarzy peela. Pomyślałam nawet, że to pewnego rodzaju spowiedź. Przed zrobieniem jednego kroku dalej należy rozliczyć się z przeszłością. Przyznać przed samym sobą do tego, co uformowało obecny obraz, postawę. Pozwoli to być zgodnym z samym sobą. Iść dalej, iść w nową drogę. Autor próbuje przenieść czytelnika w świat po części iluzji przez która przeplata się autentyczność.

    Zbiór porusza wiele problemów, które towarzyszą człowiekowi. Jest stan zagubienia, bezlitosnego uformowania dziecka przez wpływy społeczeństwa i rodziny. No i pojawia się element religii, który w wierszach Marka Ciućki [Olszewskiego (przyp.aut.)] często jest kluczowym, poeta prowadzi polemikę z prawami wiary. Nie robi tego bezmyślnie, wręcz zmusza odbiorcę do zagłębiania się w sobie i zastanowienia się, czy i na ile te prawa są w nim zapisane. Etyka jest przecież tak ważną sprawą dla życia i istnienia.
Spójrzmy na słowa:

Patrz, byś mógł zobaczyć ciernie,
obrastające moje serce.

/Sezon oczyszczenia/

w których jest dosadnie użyta symbolika ważna dla ludzi wiary. Nawet tytuł utworu nie pozostawia wątpliwości. Te połączenia są bardzo intrygujące w utworach Marka. Nie ma jednoznaczności, jest za to wielki znak zapytania ukryty w wersach, bo jak autor sam napisał:

Napisałem kiedyś drogę -
czarne, asfaltowe dywany w kształcie zapytania.

/Transparenty/

i nie jest łatwo przejść przez całe życie bez żadnego zejścia w bok. Kolejna droga to nowy znak zapytania, nowa niewiadoma. Życie człowieka to nie matematyczne zadanie, które już na początku poda wynik. To co z niego wyjdzie zobaczymy dopiero na końcu.
    Marek wchodząc w dyskusję z problemami społecznymi pokazuje, że można się wyprostować, że można iść dalej, nawet na kolanach, ale pokonywać własny strach, ból, rozgoryczenie. W zbiorze „poeta”, a poza nim każdy człowiek, ma drogę, która, choć nie łatwa, jeszcze się nie skończyła – należy iść dalej. Zbiór tak bardzo osobisty, a raczej o osobistych przemyśleniach poety, staje się pewnego rodzaju drogowskazem, dlatego właśnie powiem na koniec słowami autora:

WEJDŹ DO MNIE, SŁUCHAJ I MILCZ
/Gabinet luster/

zadumaj się czytelniku nad słowami.

Sylwia Kanicka - 24 grudzień 2007 

czwartek, 15 listopada 2007

Relikt (recenzja)

    Mam przed sobą zbiór wierszy Marka Ciućki [Olszewskiego (przyp.aut.)] „Relikt”. Przeczytałam raz, potem drugi i mogłabym tak jeszcze wiele razy, ale najpierw postanowiłam zapisać pierwsze wrażenia.
Poezję Marka zna wiele osób. Często ukrywa się pod pseudonimami Zielony28, Chałopisarz Współczesny, czy Kloszard Kielecki, jednak jest zwolennikiem przyznawania się do siebie. Potrafi urzekać zapisanymi słowami w sposób inny, taki poprzez jego oczy i jego patrzenie. Kiedy poznałam pierwsze utwory tego poety byłam zszokowana, zaskoczona, a zarazem tak strasznie spokojna. Potem długo zastanawiałam się, dlaczego tak jest, że pełne emocji wiersze potrafią wzbudzić tyle spokoju. Dzisiaj, czytając „Relikt”, znów mam te myśli. One po prostu wracają jak bumerang.
Właściwie zapisanie w kilku zdaniach tego, co jest urzekające w utworach Ciućki
[Olszewskiego (przyp.aut.)] przede wszystkim może być bardzo krzywdzące dla samego autora, jak również dla późniejszych czytelników tego tomiku – zdaję sobie z tego całkowicie sprawę i poniosę wszelkie konsekwencję tej wypowiedzi.
Sam tytuł zbioru pojawia się w kilku wierszach. Zwróciło to moją uwagę, dlatego też zapoznałam się z szerszym znaczeniem tego słowa. Nie będę tutaj przytaczała słownikowych tłumaczeń, odniosę się tylko to jednego, a mianowicie, że jest to organizm, który przetrwał w jakichś szczególnych warunkach. Dlaczego to właśnie spojrzenie? Ponieważ całość przedstawia kolejne elementy, z którymi przyszło się zmagać peelowi. To tak, jakby Marek założył, że to co zostało z początkowego embriona nie jest tylko punktem zaznaczającym się w historii, ale jest czymś żywym, istniejącym, czymś, co można dotknąć i przekonać się, że kolejne elementy życia zbudowały całość tego organizmu. Pozwolę sobie tutaj zacytować:



Jestem własnym cieniem;
jestem słowem;
jestem historią siebie.
 

/100 wersów prywatnej paranoi/


Słowa te bardzo odbijają mi mój tok myślenia. Właściwie czytając kolejne utwory mam je jako przewodnią myśl. Zastanawiałam się wprawdzie, czy fragment jednego wiersza powinien przechodzić na kolejne, jednak zapisy w tym zbiorze są z sobą bardzo mocno związane. Po pierwsze tematyką, a po drugie siłą oddziaływania na zmysły, o której to już sile napisałam wcześniej.
Jest jednak coś, co wzbudza mój niepokój. W niektórych momentach mam wrażenie, że kolejnymi wersami kieruje mrok. Pojawiają się liczne symbole religijne, jak również antyreligijne. To daje poczucie bezsilności człowieka, konieczności podporządkowania się pewnym zjawiskom, które są tłem dla jego istnienia, a zarazem pokazuje postawę, z jednej strony odwrotną, z drugiej nawiązującą do tej z Wielkiej Improwizacji Mickiewicza.
Tam nawołanie:


Nazywam się Milijon – bo za miliony kocham i cierpię katusze


tutaj:


Chciałem być człowiekiem, a jestem każdym
- to boli



Ciućka
[Olszewski (przyp.aut.)] wielokrotnie w tekstach pokazuje, iż embrion, ponosi konsekwencje poczynań cywilizacji, ale to wcale nie oznacza, że chce by był on postrzegany ponad tą cywilizację. Wielokrotnie złapałam się na tym, że jednak doszukiwałam się typowej postawy Konrada. To jest właśnie to, co wzbudziło niepokój. Zastanawiam się, jak daleko Marek mógłby się posunąć kreując swojego bohatera. Czy jest zdolny do tego, by, pokazując wiele niedoskonałości świata, zarzucić winę za nie właśnie Bogu i czy te ciemne elementy, które są w kolejnych tekstach, powinny być głównymi? Pozostawię to pytanie bez odpowiedzi….
Wiersze Marka Ciućki
[Olszewskiego (przyp.aut.)] przepełnione są osobistymi przemyśleniami. Trudno tak naprawdę w nie wejść i wszystkie słowa, jakimi można wyrazić swoje odczucia, są tylko próbą zobrazowania sensu poezji tego autora. Mogłabym jeszcze nawiązać tutaj do postawy Jima Morrisona i jego wielu wizji, jakie miał na temat świata, do jego poezji. Dla potwierdzenia Morrison w jednym z wierszy zadaje pytanie:


Nie znam cię -
Czy chociaż nazwisko masz

/Ludzie są dziwni/



Marek nawiązuje z nim dialog:



Ciućka nie jest moim nazwiskiem,
bo ja się nie nazywam;
 

/Krótki wiersz o tym samym/


i mogłabym tak wiele powiązać elementów. Przywołać jeszcze kilka prób nawiązania dialogu. To wszystko powoduje, że mam obraz, obraz, którego nie chce poprawiać, bo on przedstawia mi jakiś świat, sposób właśnie patrzenia okiem Marka. Więc teraz wracam kolejny raz do lektury, by poszukać jego, bo:


na imię będzie miał
relikt z nasienia lirycznego
co z ust płyną mu kwiaty
 

/Relikt/

Sylwia Kanicka - 15 listopad 2007