Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Archiwum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Archiwum. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 maja 2013

Sztuka tworzenia - Projekt Jeronimo

Nie do twarzy jest mi w węzłach z granitowej stali,
bez głosu na służbowej wizytówce
i spojrzenia na wyraźny obraz sensownego jutra.

Nie do twarzy, kiedy przybywa tektonicznych pęknięć
na skruszonych kościach i pod oczami.

Ojciec i Matka nie malowali dla mnie obrazów
i nie malował ich Bóg!

Uwięziony Rotterdam wypłynął kiedyś z zamkniętego portu.
Jego śladem wsłuchałem się w śpiew rybitw i mew,
by uciec bosymi stopami na nieodkryte oceany,
zagadkowe wiry, smoki i bermudzkie tajemnice
skrywające się w gąszczu sargassowego akwenu.

Bo nie potrafię się już bać wschodów i zachodów słońca,
płakać, gdy boli w zmęczonych kolanach
i śnić pod wzór zakłamanych scenariuszy szczęścia.

Każda modlitwa ma swój "Amen",
a każda bajka równie wyczekiwany morał.

Nie czas już dłużej wydrapywać alfabetem morsa
korespondencję bez adresata.

Odpływam. Póki dłoń wiatru prowadzi żagiel
na łono dziewiczej Ameryki.
25 maj 2013

poniedziałek, 11 lutego 2013

Metalogika (zabawy filologiczne)

Pozwól ukołysać się w objęciach żeber,
odbijać echem od bioder i zamilknąć.

Zostań pomnikiem. Tablicą u stóp
będzie mój skromny podpis
trwale wtopiony w drogę, którą podążasz,
szukając nieodkrytej przestrzeni wewnątrz siebie.

Wpisz się wierszem w każdy szew wyobraźni,
sczytaj zmysły w języku obcym,
łamiąc morale poprawnej gramatyki i ortografii.

Bo puenta nie musi być końcem, a tytuł początkiem.

9-11 luty 2013

niedziela, 3 lipca 2011

Hybrydy zdarzeń: Metamorfoza

Pan Bóg stworzył mężczyznę, diabła i kobietę.
Potem uznał, że jest zmęczony i pozostawił ich sobie.



Leżę pod oparem słów jak nastoletnia prostytutka
o jędrnych piersiach, z rozdartym brzuchem.
Pozwalam się penetrować, dotykać palcom widowni,
nie mając przyjemności z poczucia grzechu w sobie -
kropli cielęcego białka zawiązującego się w węzeł. 

Każdy z lekarzy zabiera coś dla siebie,
pozostawiając tylko wyssane skórki i plewy 
soczystych niegdyś owoców i mówi:
A teraz pisz mała, pisz...

Co mam kurwa pisać?!

Zostały już tylko wspomnienia z czasów
gdy z ulic zbierałem kamyki i budowałem z nich pałace,
gdy ziarenka prawd znalezionych układały się w mandalę,
dając poczucie sensu, znaczenia i rozmyły się...
Jednym pstryknięciem pozornie udanego medycznego zabiegu.

Odtąd jesteś mężczyzną i kobietą.

Współczesne szosy są takie czarne i tylko ta biała kreska
pojawia się i znika, prowadząc do punktu,
w którym przyjdzie się zatrzymać,
nie będąc już nawet kropką ostatniego wersu.

Piersi zwiędną po wykarmieniu ostatniego dziecka,
zwisną bezmlecznie, zakrywając blizny związków
z czytelnikiem. Żebra złożą w kopertę i wsadzą
pomiędzy kamienie ściany płaczu,
udając symboliczny gest, by zapomnieć na zawsze.


3 lipiec 2011

niedziela, 3 lutego 2008

Tęsknie za krzyżem pokutnym...

Tak niewiele zostawiłeś czasu - Ojcze.

W gardle mam suchość od milionów wyrazów.
Przekląłeś kończyny, stopy, dłonie, palce.
Wszystko czego dotykam zamienia się w słowo;
szkło, cynkowe kieliszki, dzieci, kobiety, starcy,
Ona strzegąca parującego rozumu ukochanego,
swojska wódka, kurwy z pobocza, a nawet Indianin.

SŁOWO.

Uciekam pomiędzy Jej ramiona, dotykam piersi -
są jeszcze gorącym ciałem, upajam wilgocią ust,
spijam oddechy i oddaję słowem na papier.

OJCZE!

Dałeś Mojżeszowi laskę, Jezusowi dar uzdrawiania,
zamieniania wody w wino i lewitowania nad tłumem,
a mnie ukarałeś słowem...

...

...i słowem została już tylko ziemia rodzinna.
Paliłeś ją tyle razy, a ona i tak mnie wydała.

Siedemsetletnie mury świątyni pamiętające chrzest,
park, Śmieszek, bunkier słuchający ze mną lasu,
rynek z którego zdejmowałem stary bruk,
most na dworcu, tory i pociąg, którym odjechałem.

To wszystko jest już tylko słowem. Wtykam je
w szczeliny Ślichowickich kamieni, śpiewam,
stojąc jak pomnik przy balustradzie Kadzielni.

- Tęsknisz?
- Jeśli, to tylko za krzyżem pokutnym ze starego cmentarza,
którego nikt nie potrafi określić.

Nie ma już cegielni, gdzie paliłem pierwsze papierosy
i radzieckiego czołgu. W murach wymienili cegłę na nową,
nawet św. Nepomucen jest już tylko repliką.

SŁOWO

jest, będzie i pozostanie w moich palcach.
Będę je opowiadał dzieciom i dzieciom dzieci,
polskiemu narodowi i ślepemu światu.

OJCZE!

Tak niewiele zostawiłeś czasu, a mała ojczyzna
woła bezsennymi nocami. Tęskni za synem.

Pozwól jeszcze stąpać gołymi stopami po wrzosie,
w którym z ojcem szukałem grzybów
i gdzie uciekałem z dziewczynami, zamiast iść na różaniec.

Nie zamieniaj w słowo moich wspomnień!


03 luty 2008

niedziela, 20 stycznia 2008

Indianin zna los poety

Karuzela czterech ścian wirując cofa czas;
krystalizuje się, by wyświetlić chwile od teraz do przedtem.

Znikają przestrzenie, w których mogłem tańczyć,
powietrze robi się lepkie, bolą płuca,
Omdlałe serce traci zmysły, a z żył...
Z żył ciekną kwiaty na nagrobną płytę.

Poetę położono w trumnie, ciało pędzi autostradą;
na poboczu Indianin pokazuje palcem kurwy
- jestem każdą z nich, sprzedawałem się tyle razy.

W źródle światła leży kobieta, ukrzyżowana
na MOIM marmurze, z dłońmi przybitymi słowem.

MOIM SŁOWEM!

Drży, chce pisać i rodzić kwiaty. Przygnieciona
MOIM zwierciadłem nie sięga pióra i atramentu.
Nasiona usychają, dąb w ogrodzie więdnie.

WIĘDNIE NAWET WODA.

Zły zegar zliczył wszystkie dobre chwile
i każe sobie za nie płacić, raniąc każdego
kogo dotknąłem, kto tylko na mnie spojrzał.

MUSZĘ SIĘ ZABIĆ.

Ciało oddadzą poecie, kurwy zejdą z pobocza,
Indianin położy się spać, a kobieta napisze wiersz.
20 styczeń 2008

wtorek, 15 stycznia 2008

Opera Narodowa

z dedykacją dla Sławomira ‘Plezantropa’ Majewskiego i Wojciecha ‘Irydosa’ Mazura

Operą nie słowo na pięciolinii i nie ocean
poza granicami Polski.

Pamiętasz Przyjacielu ten czas?
Piwo rodzime, Irydos, burza za oknem w Gdańsku,
Ty i ja.

A kiedy Aleja Grunwaldzka tonęła,
i parasol tkwił w piersi jakiegoś nieszczęsnego kierowcy,
malarz zabrał poetę na łono rozdziewiczonej, porzuconej plaży.
Rotterdam-tenor milczał zniewolony,
zaś akt nieskończony trwał
(tak po dziś północny brzeg ojczyzny gra).

Pochyliłem się w ciszy wiatrom,
morzu i spokojnie nucącym falom.
Dłoń zanurzyłem w piasku pokrytym muszelkami,
szukając ukrytych nut - na próżno.
Drżenie palców obudziło jantarowe dzwoneczki
i kropelki wody, tulące się do ziarenek kruszcu.

Opera polskiego Bałtyku nie ma scenariusza,
kartek słów i nut - żyje, pulsuje i dźwięczy,
wystawiając na scenie obrazy narodowej tragedii.
Ballady marzeń o państwie czystym jak jeziora
z czasów pierwszych Piastów i wielkiej
jak obfite w żubry bory Jagiellona.

Pamiętasz Przyjacielu ten czas?
Piwo rodzime, Irydos, burza za oknem w Gdańsku,
Ty i ja.

A kiedy wróciłem pod ręcznie heblowaną antresolę
i piłem z wami wódkę, znałem już tajemnicę obrazów malarza.
I tak jak on pędzlem i farbą, ja słowem wracam
do śpiewu Bałtyku o naszej Polsce.

I nie będą mi śpiewać Litwa, ni stepy Akermańskie,
ale woń morza od Gdańska do Świnoujścia,
wierzby parków lubelskich, kosmos odbity w Jeziorze Wulpińskim,
Czorsztyńskim, woda Wisły spod Grudziądza, Krakowa
i śląskie familoki stojące pod zamkniętym szybem kopalni.

Bo nie uciekłem nad Tamizę, gdy zdradliwy komornik
zabrał ojczyźnie ostatnie skarby,
za które miała kupić dzieciom chleb.
Jestem tu, w Kielcach, stoję na łonie Wietrzni
i piszę wiersz...
15 Sty. 2008

piątek, 28 grudnia 2007

Bursztyn, żmija i pociąg poza x, y, z

Zaczynam rozumieć, dlaczego poeci
tak często odbierają sobie życie.

Stół, drzemiąca lampka, bursztyn
emanujący odbicie człowieka, którego znam
i chleb - taki zwykły, powszedni, czerstwy
jak codzienność, której nie da się dłużej trawić.
Wolę ryż, barwiony w kurkumie - dziki, orientalny,
albo nasze, kresowe pierogi
z jagodami pełnymi lasu,
które uwielbiam dotykać (pulsujące
pod zielonymi koronkami, z posmakiem
niedojrzałości, kryjące jadowitą żmiję).

Z ostatniej kromki chleba, wzorem Irydosa,
ulepiłem piramidkę – dla tych, którym zabrakło.
Trójwymiarowa figura geometryczna
dla trójwymiarowych ludzi, widzących tyle,
ile zobaczą i słyszących podobnie.
Nie potrafię się nasycić chlebem
- bursztyn zamknięty w butelce o tym wie.

Szaro-błękitne oczy otoczone blond aurą,
dwie niezbyt duże piersi, nie znające jeszcze
ust głodnego maleństwa.

- Świdruje do mechaniki mentalności,
chcąc zrozumieć, dlaczego w moim równaniu,
dwa plus dwa daje nieskończenie wiele.
Moje piersi karmią świat, usta syciłem
nie poprzednim, ale przyszłym pokoleniem.
A ona by chciała rozłożyć ramiona
i spłaszczyć ciało do wektorów x, y, z,
sprawiając przy tym tyle bólu.
Wolałbym biały kaftan z rękawami
przerośniętymi do kolan,
równoległy do ciała granit,
na kilka stóp powyżej dębowej deski,
od zwykłego jutra, słońca, ptaszków
i obiadu podanego pod ryj.

Czwarte Oko Boga tkwiące w piramidce,
zbudowanej palcami z chleba, wizualizuje obraz
na otaczających ścianach - obraz mnie.
Bez pędzla, pióra, bez słowa. Jadącego autobusem,
smutnego jak ludzie. Kurwa!

Luksusowe przedziały w pociągu do wieczności
już dawno zajęte. Zostały banalne miejscówki
w drugiej klasie. Nie życzę sobie
tak naturalnego pochówku, jak cykl pór roku.
Nie sypiam nocą i nie piszę tekstów
do kołyski przeciętnego dziecka.
Zgon...

...będzie tylko jednym, z wielu wersów
niekończącej się, wieloprzestrzennej hybrydy.

28 grudzień 2007

środa, 26 grudnia 2007

Wyznania żółknącego liścia

otwieram dłoń prawą
     przeszłość boleśnie wyryła nań rysy
     w kolorach włosów południa i północy
     jędrne kształty wschodu zachodu
     a w porach pozostał pot ucieczek
     o kwaśnym posmaku zdrady

otwieram dłoń lewą
     przeszłość dlań jest niema
     zapisów papilarnych nie zmieniono
     od pierwszego pozamacicznego krzyku

linie obu dłoni pozostaną naskalnym śladem
w odkrywkowym rezerwacie biografii

obie

choć tak bardzo różne
układały kamienie tej samej drogi
w tym samym kierunku
i zawracam czasem
by móc głębiej zrozumieć
harmonię filozofii papilarnej

a kiedy milkną wiatr i promyk słońca
karmię się ciszą której było tak niewiele
którą zalewałem się syntetycznie
na brzegach morza jezior bagien
górskich stóp i leśnych krawężników

na imię mam przeszłość i przeznaczenie

i nie wstyd mi za swoje dłonie
które uniosły więcej świata
niżeli umysły moralizatorów
karmiących plebs ochłapem

nigdy nie przyjąłem srebrników
za którąkolwiek z chwil tymczasowej męskości
nigdy nie mówiłem
że jest inaczej niż jest

judasz się powiesił na drzewie
a ja na krzyżu swojej golgoty

26 grudzień 2007

sobota, 10 listopada 2007

Gabinet luster

Szaro-szary gabinet z lustrem weneckim
rozlanym po ścianach i świadectwami.
Siedzę z podniesioną głową
na krawędzi stolika-autostrady.
Stanowiska czekają na pośladki.

Czasem ktoś przysiądzie
i zerknie na wyłożone noty biograficzne;
kilku gości zostawiło wizytówki,
znacząc rezerwację parceli
- stanowią element układanki,
rozpisywanej co jakiś czas
w formie słupka dzielonego na wersy.

Czasem uciekam za lustro
odlane z nie-bałtyckiego jantaru
i patrzę,
i widzę,
i...

...potem wyrywam obrazy z oczu,
by rozłożyć je na dalszych kilometrach stołu
- ktoś przeczyta, znajdzie siebie,
matkę, ojca, brata.

JAKIE ZNACZENIE MA OFIARA SŁÓW POETY,
WOBEC SŁOWA OTWIERAJĄCEGO SIĘ W GŁĘBI
DUSZY ZWYKŁEGO ŚMIERTELNIKA?

POETA JEST TYLKO NOŚNIKIEM
SŁOWA SAMORODKA.

Nie przygotowałem deseru autografów,
by częstować konserwami bez zawartości.

Lustra gabinetu odbijają echa słów,
których strzępy układają się na stoliku,
niczym liście jesiennych drzew.

WEJDŹ DO MNIE, SŁUCHAJ I MILCZ.
09-10 listopad 2007

środa, 17 października 2007

Kronika objawienia

Bursztynowe lustra zapamiętujące przeszłość
są płytami chodnika moich stóp.
Klękam, otwieram je niczym księgi
i uczę się samego siebie,
by wędrując po zmiennej czasowej,
zrozumieć jak bardzo jestem sobie obcy.

Spoglądam przez obrączkę
z wygrawerowanym piórem,
szukając rozwiązania układanki.
Bursztynowe pryzmaty
ubarwiają każdy z elementów
liśćmi wierzby, malinami, krukami i szklanymi nocami
- obrazami miłości bez miłości
topionymi w jeziorach, Bałtyku, łzach i alkoholu.

'Na sztorm – bez żagli – jak my!'

Splamione płótna powiewają
w dłoniach przeszłych obrazów,
na tle młodych, zdrowych piersi;
a ja w swojej trzymam białego łabędzia,
stojąc na wodzie jak Jezus.

'NIE BĘDZIESZ MIAŁ INNEGO BOGA PRZEDEMNĄ'
I ŻADNEJ INNEJ LINI GŁADZIŁ MYŚLĄ, MOWĄ I CIAŁEM.


'Możliwe że inwersja zdarzeń pozwoli dożyć
choć jednego laurowego liścia w koronie'.
17 październik 2007

czwartek, 4 października 2007

ogniomistrz pijany

mam w swoich dłoniach niszczycielski żywioł
na którego relikwiach uczyć się będą pokolenia młodych bogów


upiłem się kawałkiem siebie
i bezwładnie wylałem szczątki cienia na papier

jak wiele można przedstawić
czarną farbą na białym płótnie

czy to nie podobna sztuka
do tańca na wysokiej linie


ognie spomiędzy palców spopielają resztki życia
układają się w kolejne wersy
strofy
kolumny z głowicami
bazami pod stopy nieśmiertelnego pomnika

tańczę na placu artystów

widownia klaszcze kiedy rozkładam wachlarze
obracam kręcę zawijam
i chowam by wypłynęły palców ustami

nie boję się ognia który mnie
wypalił
spalił
rozpalił
rodząc grunt pod niemowlęce stopy

nie boję się iskry i alkoholu
odbierającego rozum
i decydującego o krzywej utraty równowagi

nie boję się milionów słów
pływających po ścianach celi

BO JESTEM NIMI

boję się ciszy żrącej kolana pomnika
głodu karmionego kamieniami
codziennego wypada bo wypada

NIE WYPADA NIC

tańczyć chcę z ogniem aż będzie mną
a ja cieniem który właśnie rozświetlasz wzrokiem


2007

sobota, 12 maja 2007

100 linii w kolumnie braku tożsamości

Umysł rozpłaszcza się pod naporem słów
i znów wraca do formy -
jak gimnastykująca ameba.
Nosi mnie pomiędzy powierzchnią
i dnem oceanu emocji.

Paranoja niemo krzyczącego „Ja”.

Zdzieram z siebie wszystkie warstwy życia,
przeglądam każdą,
smakuję słodycze i pikanterie:
sosy, rosoły i lepiące się tłuszcze
tłumiące przy każdym powiewie chłodu.

Nie mogę ustać na nogach -
ziemia drży,
ziemia drży,
drży i wciąga do jądra.

Macham kończynami pragnień i intencji,
a ona przytłacza coraz grubszym kamieniem.

Polska.

Wymiotuje mną zmęczona,
a ja chwytam się podziemnych gałęzi
i mówię: NIE!

Na nowo-artystycznym sercu tego narodu
poetka wciąga mnie w ramiona zaufania.
Ogrzewa oziębłego kościotrupa,
okłada ciałem wyrwanym ziemi,
rozrywa trumnę, którą sam zbijałem,
wyzwalając mnie z autoniewolnictwa.

Nie! Nie! Nie!

Jestem zmęczony bólem głowy,
obrazami środka ciała,
głodem wibrującym w każdej żyle
zasilającej ciało natchnieniem.

NIE!

Kładę się, łóżko ucieka spod ciała.
Jakiego ciała?
Nie mam ciała?
Jestem?
Nie jestem...
Więc czym jest to czego nie ma?!

Składam się w kopertę i wysyłam do Boga,
a on odsyła mnie,
bym babrał się w tej piaskownicy błota.
Kurwa, co za bzdura!
Przecież nie lepiłem tego bagna.

Znów ocean – syrena na kamieniu
śpiewa, wydłubując oczy słowa.
Zaczynam błądzić po omacku,
tracę wolę spod dłoni.

Słowo trzeba szanować – zawsze!

Próbuję zamknąć jej skrzela
swoją nieobecnością, choć jestem.
Śpiew odbija się od kości czaszki.

Ból, paranoja, bezsens zawieszony.

Skręcam więc dym w bibułę,
który pozwoli zadusić światło.
Ciućka patrzy na mnie słowem -
jest go tyle na ścianach.

Brama na wprost otworzyła jedno skrzydło -
nie przejdę z tak wielkim bagażem.

Narzeczona obejmuje mnie
i odrywa od labiryntu w ogrodzie,
który posiałem, by się zgubić.

Odnaleziony nie widzę się w lustrze.

Gdzie moja twarz?
Gdzie moje oczy?

Ustawiam się w epicentrum kwadratowego kręgu:
biurko,
obrazki z piękną twarzą,
okno,
wiersze, wiersze, wiersze...

Kręcę się w tańcu szaleństwa,
klown macha rękami, pozytywka gra,
głośniki mówią: Polska, muszelki, mapa, krzesło, materac i plama na dywanie.

Chwytam nicość...
Nicość?
Dlaczego nicość?
Przecież wszystkość oznakowałem złotym pierścionkiem,
złożyłem cyrograf chęci, wiary i pragnienia.
Wszystkość oddała mi całą siebie,
a ja głupi chwytam się nicości.

Mnich zawsze powtarzał, że jestem debilem.

Żabki w karniszu uchwyciły to czego nie ma
i to zasłoniło okno na świat.
Tylko butelka po kefirze ma jeszcze kolor:

NIEBIESKI.

Szukam odpowiedzi w podpowiedzi.
Dlaczego nie zielony – taki cieplejszy jak liście za oknem?
Dlaczego nie czerwony - jak cyfry na wyświetlaczu życia?
Dlaczego nie żółty – jak autoportret Boga?

Jeszcze tylko dziesięć wersów:
„9”;
„8”;
„7”;
„6”;
„5”;
„4”;
„3”;
„2”;
a teraz odpowiedz: kim jestem?

12 maj 2007

wtorek, 1 maja 2007

Teatr Teatrów

Nudzą mnie smutne twarze - rodzą szaleństwo;
wchodzę w nie po schodach, rozpłaszczam, mam wizję
- oto mój dar, ma cecha, moje przekleństwo.
Stworzyłem Boga na własne podobieństwo
i pozwoliłem podejmować decyzje.

Najwyższa władza w chorym, lirycznym świecie:
dostałem prawo do Boga prywatnego
- prawo wariatów przypisane poecie.
Boicie się głupcy? Uwierzyć nie chcecie?
Wystarczy tylko wypić ducha własnego.

Pij, kiedy ja piję, mój Bóg również pije
- wódka wyciśnięta z upadłego ciała.
Opętanie, Obsesja i Trauma żyje;
Teatr, Fantasmagoria, Dom ściany kryje.
- moja wizja się zmaterializowała.

01 maj 2007

piątek, 20 kwietnia 2007

100 wersów prywatnej paranoi

Paranoja pulsuje w czaszce,
rozkłada giętkie ramiona,
krzyczy i zagłusza rzeczywistość...

Rozpłaszczam się na południowej ścianie,
wtapiam się w jej wersy
- odnajduję płynną poezję,
ściekającą palcami jak czarne łzy.

Jestem własnym cieniem;
jestem słowem;
jestem historią siebie.

Niewielki relikt jest szczególną stacją
golgoty przedstawionej na ścianie
- oto droga do zbawienia.
Chrystus niósł drewniany krzyż,
a mnie do dłoni Bóg włożył pióro.
Rzymscy żołnierze mieli więcej litości,
niż rzeczywistość, która mnie otacza.

Dlaczego Ojcze umyłeś moje oczy?
Dlaczego wybrałeś z tłumu,
i kazałeś zobaczyć wszystko?
Chciałem być człowiekiem, a jestem każdym
- to boli.

Jestem Rimbaud'em, Baudelair'em, Morisonem;
jestem Ginsbergiem, Plath, Wojaczkiem i Bursą;
jestem sobą, własnym odzwierciedleniem,
wirusem, zarazą wypalającą ostatnie krople rozumu.

Jestem?

Nie jestem - są słowa
- relikwie ciała umysłu i zmysłu
rozwieszone jak ikony na ścianie północnej.

Czołgam się po brudnym dywanie
- nikt nie ogolił mu twarzy od dłuższego czasu,
a ja nie wyglądam lepiej.
Pełznę do sceny aktów;
Teatrów, Fantasmagorii i Domów w jednym cyklu;
opowieści grozy, opowieści realnej - faktu.

Jestem aktorem własnego scenariusza
- rola boskiego eposu;
jestem sobą, kobietą rodzącą liryki,
dzieckiem siedzącym na własnej trumnie
i podziwiającym rozkładające się wspomnienia.

Jestem domem,
jestem w domu,
jestem w własnej głowie

i cieszę się wszystkością, która też jest.
Odlana z innego stopu metalu przez stwórcę,
inaczej się pręży pod naporem życia,
inaczej znosi zmiany temperatur.
Spawy mogą nie wytrzymać związku
- niestabilny i radioaktywny pierwiastek miłości.

Ziemia drży - szkatułki się otwierają.
Co będzie jeśli ich zabraknie?
Jeśli los nie zrzuci kolejnych spod białej kopuły?
Przecież już nie mam swojej lipy
i nie zawisnę nawet jak Judasz.

Nie chcę żyć wiecznie - potępiony przez siebie
- jestem nieśmiertelnym tekstem.

Jestem;
jestem;
jestem...-odbija się jak echo
po pustym bezdusznym pokoju,
bo jestem Ja i nie ma Ja więcej.

Spadam na sufit świata i patrzę.
Za co każesz mi być sobą?
Dlaczego muszę podziwiać twój ogród lalek?
Nie posadziłem nawet ziarna własnego drzewa,
a każesz oglądać lasy.

Dlaczego?

Nie mogę oddychać, umrzeć.
Duszę się gwałcony obrazami z zewnątrz.
Pęcznieję, puchnę, rodzę i wylewam czarne mazie.
Obraz się deformuje - metafory.
To już było.
Paranoja nasila się, zęby wydrapują ze ścian minerały,
zasilam resztki energetycznej sieci.

Czy umarłem i dalej jestem?

Zabiłem się przecież z własnej woli.
Skoczyłem styczniowej nocy do żołądka
i zostałem odepchnięty.
Śmierć skazała mnie na banicję,
bo nawet dla niej jestem, ciężkostrawny.

Dlaczego to tak boli?

Boże! Zrobię ci to samo.
Pójdziesz moim szlakiem, obok.
Pokażę ci obrazy,
którymi karmiłeś mnie całe życie.
Będziesz czytał bajki, które mnie kształtowały
- zwariujesz, jak ja zwariowałem.
Może nawet zostaniesz poetą.

Znienawidzisz mnie!

Okno zachodniej ściany patrzy na fotografie,
tam zdrada w wielkim stylu śmieje się z miłości
- zamknięta w kręgu trzech poetów.
Za późno - wódka została przelana.

Gangrena zżera moje wnętrzności;
ja zżeram gangrenę - zżeram siebie.

Zwariowałem.

Zwariowałeś - zżeram ciebie - ofiaro!
Nie kazałem ci czytać tego wiersza
- jesteś już taki sam - spójrz w lustro.

20 kwiecień 2007

piątek, 23 lutego 2007

Dom-modliszka

Leżę w rogu sufitu w pozycji embrionalnej.
Nie widzi tego nikt, a ja widzę wszystko.
Wzrok spokojnie spaceruje po powierzchniach,
odbija się od ścian, przeskakuje jak bańka mydlana.
Przylepiony w środku, ale na zewnątrz
mogę obserwować inaczej niż wówczas,
gdy byłem gwoździem trzymającym fotografię rodzinną
 na łuszczącej się ścianie.

Łuki elektryczne uciekają z podtynkowej instalacji,
wesoło tańczą, szukając karaluchów do towarzystwa
- zapomniały o swoim miejscu w tym domu.
Pastwią się okrutnie na robakach
- a przecież te były tu od zawsze.
Utraciły umiejętność przepływu przez aluminium
i oskarżają o to niewinne insekty
wyrywając im za karę skrzydełka i nóżki.

Czas spryciarz zaciera ślady obecności.
Delikatnie zakłada na siebie kolejne warstwy kurzu,
budując kokon, we wnętrzu którego dojrzewa nienawiść.
Rośnie, pęcznieje, gotuje się jak sarkofag z Czernobyla
- radioaktywny wrzód tego miejsca.
Pęknie i utopi się we własnej spermie,
nie mogącej przecież zapłodnić pustki.

Ściany nocą przypominają głosy, kłótnie, oskarżenia
i malują na sobie tatuaże obronne – hybrydy wydarzeń.
Podłoga wije się, zakręca, zamienia w czarną dziurę,
ssie głosy ścian, mieszając je z echem śladów stóp.

Na biegunie północnym kobieta przegląda fotografie.
Kiedyś je wydarła z rodzinnych albumów,
teraz może tylko wizualizować wspomnienia w pustych dłoniach.
Na południu jej mąż sporządza akty oskarżenia:
powietrze, bo musiałem nim oddychać;
podłoga, bo musiałem po niej chodzić;
gówno, bo musiałem go wysrać.


Nie ma nawet pająków budujących sieci,
które mogły by jeszcze cokolwiek zatrzymać.

Robię się coraz bardziej przeźroczysty,
niknę, pozostawiając głuchy cień na suficie
- niewidoczną płaskorzeźbę głosów.
Dom pożarł już samego siebie.


2007

niedziela, 9 października 2005

ryty z dalekich regałów

zdzieram mech z glinianych tabliczek
próbując odczytać zapiski z dzieciństwa

nie tak wiatry miały śpiewać

stoję za balustradą obrazu
namalowanego kiedyś tam
brak mi dźwięków w ustach
tylko martwe znaczki na kamieniu

2005