niedziela, 3 lipca 2011

Hybrydy zdarzeń: Metamorfoza

Pan Bóg stworzył mężczyznę, diabła i kobietę.
Potem uznał, że jest zmęczony i pozostawił ich sobie.



Leżę pod oparem słów jak nastoletnia prostytutka
o jędrnych piersiach, z rozdartym brzuchem.
Pozwalam się penetrować, dotykać palcom widowni,
nie mając przyjemności z poczucia grzechu w sobie -
kropli cielęcego białka zawiązującego się w węzeł. 

Każdy z lekarzy zabiera coś dla siebie,
pozostawiając tylko wyssane skórki i plewy 
soczystych niegdyś owoców i mówi:
A teraz pisz mała, pisz...

Co mam kurwa pisać?!

Zostały już tylko wspomnienia z czasów
gdy z ulic zbierałem kamyki i budowałem z nich pałace,
gdy ziarenka prawd znalezionych układały się w mandalę,
dając poczucie sensu, znaczenia i rozmyły się...
Jednym pstryknięciem pozornie udanego medycznego zabiegu.

Odtąd jesteś mężczyzną i kobietą.

Współczesne szosy są takie czarne i tylko ta biała kreska
pojawia się i znika, prowadząc do punktu,
w którym przyjdzie się zatrzymać,
nie będąc już nawet kropką ostatniego wersu.

Piersi zwiędną po wykarmieniu ostatniego dziecka,
zwisną bezmlecznie, zakrywając blizny związków
z czytelnikiem. Żebra złożą w kopertę i wsadzą
pomiędzy kamienie ściany płaczu,
udając symboliczny gest, by zapomnieć na zawsze.


3 lipiec 2011

sobota, 10 lipca 2010

SUPERVISOR

Klatka schodowa cuchnęła gotowaną kapustą i starymi, butwiejącymi wycieraczkami. Na jednym jej końcu wisiał barwny plakat, zbyt wielki do eksponowania w ciasnym wnętrzu (…), plakat z ogromną twarzą. Była tak namalowana, że oczy mężczyzny zdawały się śledzić każdy ruch przechodzącego. WIELI BRAT PATRZY, głosił napis u dołu plakatu. 

Podobnie jak Wielki Brat George’a Orwella, patrzy supervisor z cyklu wierszy Marka Olszewskiego. Supervisor to jedynie oczy i cień, ale ta bezpostaciowość pozwala mu na wszechobecność – wystarczą mu najmniejsze szczeliny, najmniejsza nieuwaga, żeby przekraść się w prywatne struktury podmiotu lirycznego; pozwala mu również na przybieranie zróżnicowanych kształtów - nawet tych pozornie pozytywnych - na podszywanie się pod dobre uczucia, dzięki czemu może podstępnie przemycać siebie do lirycznego świata, który powoli burzy od środka. A wie, którędy wejść, w czym się schować i gdzie się ukryć, czekając odpowiednich momentów, bo jego oczy – jak te z plakatu – nieustannie inwigilują, uważnie nadzorują każde poruszenie i każdy oddech – cień supervisora nie zasypia nigdy

Każdy z wierszy cyklu obowiązuje podział trzyczęściowy – łączący wszystkie elementy serii supervisor to postać dominująca w części pierwszej. Kształtuje on całą rzeczywistość, w której zanurzony jest podmiot i choć jego obecność nie jest od razu zauważalna, jest subtelniejsza i bardziej dyskretna niż mężczyzny z orwellowskiego ściennego wizerunku, to ingerencja w codzienność, przejawy ciągłego przebywania w tej przestrzeni najbardziej intymnej – domu – odczuwane są boleśnie przez wszystkich, którzy się w niej znajdują. Następuje degradacja pięknych i z trudem budowanych wnętrz. Początkowo jest to rozpad fizyczny – odrapywanie, przeciekanie, wypalanie, butwienie; rozpad ten jednak stopniowo przenosi się i miesza ze sferą uczuciową - przeżycia duchowe korelują ze stanami dotykającymi cztery ściany, z ich mechanicznym niszczeniem: zdaje się, że mury żyją w ścisłym, symbiotycznym związku z tymi, którzy je zamieszkują, przejmując ich emocje i to już nie przedmioty wiszące na ścianach, nie kształtne ozdoby stanowią o charakterze pomieszczeń, ale same pomieszczenia wyrażają to, kryje się głęboko w ciałach lokatorów. Translokacja w strefę układów nerwowych sprawia, że supervisor coraz bardziej się zadomawia – zadomawia, bo wrasta mocno w obszary osobiste, przelewa się w powietrze, meble, sztućce, zastawy i sprzęty domowe, i w domową miłość – tę małżeńską i tę rodzicielską. Z czasem jego zadomowienie zamienia się we wdomowienie – już nie można rozpoznać, gdzie dom, a gdzie supervisor, nie można zabić supervisora. Cykl zatrzymuje się w momencie zupełnego rozkładu w części pierwszej, czego chwilą kulminacyjną jest noc supervisorów – dezintegracja tak głęboka, że nawet sam supervisor ulega podziałowi, nie jest już jeden, ale pojawia się zwielokrotniony, zbiór zimnych obsesji i paranoi. Natomiast poziom tychże obsesji i paranoi odmierza okno – niczym czuły termometr lub waga łazienkowa, jego stan rejestruje i obrazuje nawarstwianie się tego, co negatywne, obce i niepożądane; to okno składuje ich ciężar, ale również nadzieję i siłę, które wyczerpują się wraz z jego erozją. 

Świat na zewnątrz, nawet oglądany przez zamknięte okno, tchnął chłodem. W dole, na ulicy, podmuchy wiatru wprawiały w wir kurz i skrawki papieru, a choć świeciło słońce, niebo miało barwę stali; wszystko było pozbawione koloru – z wyjątkiem porozlepianych wszędzie dookoła plakatów.

Część druga – środek kompozycji omawianych wierszy – to część najkrótsza. Jest to moment, w którym główną postacią jest sam podmiot liryczny, chwila tylko dla niego i to on oraz jego refleksje są w niej najważniejsze. Bo ta część to miejsce na przemyślenia, analizy, ocenę stanów przeszłych, przyszłych i teraźniejszych. Podmiot jak skrupulatny matematyk oblicza swoje emocje i energię, sumuje, dzieli i mierzy. Wyniki jednak go przerastają – początkowa wiara we własne doświadczenie oraz pewność czerpana z poznania, ulegają przemianie, zamiast nich pojawia się zmęczenie, wraz z coraz większym zmęczeniem – większa słabość i poczucie bezradności. Rodząca się i stopniowo wzrastająca niepewność względem swoich możliwości, obawa przed niedostatkiem sił, które pozwoliłyby mu na przeciwstawienie się nękającym go okolicznościom, sprawiają, że przeważać zaczyna uczucie zniewolenia, opętania przez zewnętrzne warunki, co jest przejawem przenikania treści poruszanych w części pierwszej; im więcej przestrzeni zajmują one w świadomości podmiotu lirycznego, tym mniej zostaje jej dla niego samego – podczas gdy dla niego na pierwszy plan wysuwa się wrażenie ubywania, zanikanie wszystkiego, co było kiedyś ważne, negatywne, supervisoryczne obrazy rozrastają się, zdając się być nienasycone. Środek jest to bowiem także miejsce o konstrukcji mostu, przewleczone pomiędzy częścią pierwszą i trzecią, krótki oddech po jednej i zbieranie sił w przygotowaniu do kolejnej, epilog sytuacji pokojowych i wstęp do pocieszenia.  

Moja mała, do widzenia już,
Jeszcze raz buzi daj,
A wywalczę ci kraj,
Wielki kraj pełen zbóż.
 

Podobnie jak u Tadeusza Gajcego, w części trzeciej cyklu dzieją się zmagania o własne miejsce, swobodne i obfite, własną ziemię czy bardziej – podłogę. Pojawia się w niej też, znów podobnie jak u poety, postać ogniskująca wszystkie najlepsze uczucia, także te motywujące potrzebę ochrony i dbałości; zaznacza się obecność jeszcze jednego bohatera – przedmiotu lirycznego. Przez podmiot nazywany jest maleńką, co pozwala ustalić relacje, jakie między nimi zachodzą. Użycie formy deminutiwa zdradza bowiem stosunek emocjonalny względem opisywanej za jego pomocą osoby, a także wzajemne zależności. Ten ton czułości mówi również o tym, że kobieta, której nadaje się tego rodzaju pieszczotliwe imiona, jest obiektem opieki i troski. To dla niej jest pocieszenie i budowanie spokojności, dla niej kołysanki o bezpieczeństwie, ufności i miłości. Jednak, jak było w dwóch poprzednich częściach, w tej także początkowe stany ulegają zmianie, a nawet zamianie – to ta otaczana opieką ma stać się źródłem opieki, ta wymagająca ochrony ma przejąć rolę ochronną. Kobieta, niczym w greckim wzorze, dostaje insygnia, pozwalające na przybieranie póz kariatycznych, podtrzymujących z pietyzmem rzeźbione konstrukcje. Wobec zaznaczającej się w powyższej części bezradności podmiotu lirycznego, jego stopniującego się poczucia bezsilności, to ona staje się centrum siły, centrum życia i nadziei, a zatem i przyszłości. W niej też znajduje się cała stabilność, pewność i niezmienność wszystkich najważniejszych, podstawowych wartości, tych prostych i pierwotnych, do których zawsze można wrócić. Jest w tym atawistyczna wiara, świętość i poszanowanie, czego dowód daje podmiot w aktach zaufania. To zdaje się być gwarancją ostatecznej nienaruszalności, ostatecznego przetrwania wspólnych więzi, nawet pomimo obaw i wątpliwości, a także tego, że i w tej części nie udaje się uciec od supervisora. Jego czujny wzrok sięga również w nią, jego cień przecieka z powyższych kondygnacji wraz z zaczynami chorób i rozkładu. I tak jak na początku narzędziem mierniczym rozpadania było okno, tak teraz skalę tę wyrysowuje się w poezji. Bo to właśnie terminologia wywodząca się z poetyki czy teorii literatury służy często podmiotowi lirycznemu do opisywania stanów życia. Słowa, wersy, metafory, apostrofy, atrament, kartki zapisane wierszami zdają się budować rzeczywistość, zdają się być jej budulcami podstawowymi, niczym komórki budujące ciało. Poezja więc, a także jej części składowe oraz przedmioty jej towarzyszące, jak wrażliwa rtęć rejestrują wszystkie zmiany. Za pomocą tych rekwizytów zaznacza się niszczenie i rozpad, butwienie i obumieranie szczęścia i dobrych uczuć. Nawet dwojaki, będące wynikiem poezji, na początku oddające jedność, nierozerwalność i wieczną trwałość, podlegają degradacji; dwojaki to zresztą jeden z ingredientów najbardziej osobistych w omawianych wierszach, nie tyle nawet dla podmiotu lirycznego, co dla samego autora. Jednak supervisor nie ma już tyle władzy i wolności co poprzednio, nie jest też tak bezkarny, a obszar jego działalności staje się coraz bardziej ograniczony; coraz bardziej ma dostęp jedynie do zewnętrznych przejawów prywatności, zatrzymuje się na najmniej intymnych liniach domowych. Choć i ta ingerencja nie jest bezbolesna, a doświadczenia tego rodzaju zmieniają wewnętrzne struktury. Najbardziej widoczna zmiana zachodzi w budowie przedmiotu lirycznego, dotyczy ona bowiem elementu, który pełnił funkcję określającą go – imienia. Nie jest to już maleńka, ale mała; brak zdrobnienia świadczyć może o zajściu swoistego procesu dojrzałości, wyczerpaniu się niewinności, w miejsce której trudne przejścia ukształtowały pełną świadomość i samodzielność. Jest to jednak nadal pojęcie nacechowane emocjonalnie, co nie pozostawia wątpliwości, jakich uczuć jest ta postać nośnikiem.  

Moja mała, otrzyj łzy,
Będę listy pisał ci,
O wojence nie myśl źle,
Moja mała, moja mała,
Mój ty śnie.
 

Wiesze wchodzące w skład cyklu Marka Olszewskiego ze względu na sposób złożenia są jak tryptyki ołtarzowe, obrazy z rodziną na pierwszym planie; może nie całkiem świętą, ale też nie do końca można takiemu stwierdzeniu zaprzeczyć, bo miłość, która mimo wszystkich nieszczęść i doświadczeń tylko się modyfikuje, ale jej nie ubywa, nadaje ludzkim więziom wymiar sakralny. Bo to właśnie o rodzinie. Nie dalekiej, nie telewizyjnej ani nie gazetowej, nie książkowej nawet. O rodzinie, w której wszystko się zdarza – trochę pięknej, trochę smutnej, trochę szczęśliwej, trochę mającej troski, w której każdy ma swoją rolę, choć bywa, że nie ściśle przypisaną. Bo jak napisał sam Marek Olszewski: „W całej tej popieprzonej gonitwie za pieniądzem, męskość traci na wartości... Zatraca się zasadnicze miejsce mężczyzny w domu. Rolę decyzyjną z konieczności przejmuje osamotniona kobieta, zlew kapie (bo kto ma naprawić), podobnie dach, rynna, płot przed domem. Syn zamienia się w nagradzaną materialnie, rozkapryszoną niewiastę, bo kto ma mu przekazać wzór męskości (?), kto ma z nim zbić karmnik dla ptaków (?), dać klapsa (?), albo ot po prostu pogadać o męskim punkcie widzenia świata.” W jego świecie literackim rodzina nie tyle naśladuje rzeczywiste życie, ile tym życiem jest. Cykl zatrzymuje się w pewnym określonym momencie – zatrzymuje, bo nie kończy. Pokój, otwierający swoje wnętrza, w które można patrzeć, ale które są tylko jego, pokój pulsujący emocjami i przemianami, z pewnością będzie jeszcze czekał – i na lokatorów, i na czytelników – jak w życiu.  

Świadomość, iż czeka na nich pokój, do którego nikt inny nie ma dostępu, była nieomal równie przyjemna jak przebywanie w nim. Pokój wydawał się minionym światem, skansenem przeszłości, w którym mogą bytować gatunki dawno wymarłe gdzie indziej.

Iga Reczyńska [Malik (przyp.aut.)] - lipiec 2010

piątek, 2 stycznia 2009

Balustrada (recenzja)

relikt z nasienia lirycznego,
co z ust płyną mu kwiaty

/Relikt II/

   Tak sentymentalnie, gdyż przyznam się, że to pierwszy utwór, który przeczytałam. Sam tytuł nie pozwolił mi zrobić inaczej. To takie moje wewnętrzne emocje.

   Zastanawiałam się, czytając cały materiał, czy o wierszach Marka można powiedzieć wszystko i zakończyć. Stwierdzić, że to co ważne już zostało powiedziane, że teraz to już tylko kolejne epizody wcześniejszych zmagań z piórem. Jednak nie. Marek zaskakuje cały czas. Co jednak udało mi się zauważyć, to fakt, że jako autor, poeta, kontynuuje swoje myśli. Pozwala im się rozwijać, a rozwój następuje niczym kolejne etapy w życiu. Jego poezja opowiada, ścierają się w niej dwa światy. Ten realny teraźniejszy i ten, który pozwolił tej teraźniejszości zaistnieć. Oczywiście wszystko otoczone jest bardzo dokładnie całą masą elementów, rekwizytów i zakodowanych myśli.

   Wiersze Marka nie stają w miejscu. Nie mogą, bo to po prostu nierealne. Nie zatrzymuje się w miejscu czegoś, co musi biec, co musi iść po wyznaczonym przez autora torze.

   Ten zbiór przepełniony jest optymizmem. Przemykają przez wersy małe smutki, wspomnienia, jednak wszystko to tonie pod naporem radości. Skierowania myśli na tor nowy. Na drogi, które już poznane częściowo poznaje się dalej. Nie kończy się po nich wędrówka. Peel przywołuje wcześniejsze sytuacje ze swojego życia, aby zobrazować czytelnikowi wszystkie zmiany, jakie w nim zaistniały. Nie bez przyczyny nawiązuje w dużej mierze do tego, co nie sprawiało zbyt dużej przyjemności. Na kontrastach najlepiej pokazuje się różnice, które zmieniają ważne poglądy., które potrafią nawet zmienić patrzenie na samego siebie.

jestem
krystalicznie czystym zwierciadłem

/jestem tylko echem/

to słowa, które mogłyby podsumować wszystko co zapisane w tym zbiorze, a jednak są tak bardzo przeciwstawne całej treści zawartej w wersach. Można by rzec, że bohater wierszy Olszewskiego zaczyna nowy etap. Zaczyna część swojego życia, która już nie będzie taka jak dawniej, w której są półki z odstawionymi dla kurzu rzeczami. Zaczyna się etap, który pojawił się niczym spadająca gwiazda, mająca spełniać życzenia, z tą różnicą, że ta gwiazda nie gaśnie. Ona dopiero zaczyna silnie świecić dając nowe drogowskazy. Marek kreuje nową postać, która po wielu schodach, jakie pojawiły się w jej życiu, teraz zostaje w miejscu, tutaj, by zacząć w swoim życiu coś innego, coś co daje radość.

   Odkrywanie w swoim życiu nowych przyjemności powoduje, że nie zostajemy w tyle. Jednak bardzo ważne jest, aby nie zapomnieć skąd jesteśmy, co ukształtowało nas w taki właśnie sposób, o tym, co wpłynęło na nasze myśli. Wspomnienia, nawet te, które mogą być przykre, są częścią nas. Człowiek od zawsze jest poszukiwaczem i będzie szczęśliwy dopiero gdy odnajdzie swoją Itakę.

Sylwia Kanicka - 2 styczeń 2009

niedziela, 3 lutego 2008

Tęsknie za krzyżem pokutnym...

Tak niewiele zostawiłeś czasu - Ojcze.

W gardle mam suchość od milionów wyrazów.
Przekląłeś kończyny, stopy, dłonie, palce.
Wszystko czego dotykam zamienia się w słowo;
szkło, cynkowe kieliszki, dzieci, kobiety, starcy,
Ona strzegąca parującego rozumu ukochanego,
swojska wódka, kurwy z pobocza, a nawet Indianin.

SŁOWO.

Uciekam pomiędzy Jej ramiona, dotykam piersi -
są jeszcze gorącym ciałem, upajam wilgocią ust,
spijam oddechy i oddaję słowem na papier.

OJCZE!

Dałeś Mojżeszowi laskę, Jezusowi dar uzdrawiania,
zamieniania wody w wino i lewitowania nad tłumem,
a mnie ukarałeś słowem...

...

...i słowem została już tylko ziemia rodzinna.
Paliłeś ją tyle razy, a ona i tak mnie wydała.

Siedemsetletnie mury świątyni pamiętające chrzest,
park, Śmieszek, bunkier słuchający ze mną lasu,
rynek z którego zdejmowałem stary bruk,
most na dworcu, tory i pociąg, którym odjechałem.

To wszystko jest już tylko słowem. Wtykam je
w szczeliny Ślichowickich kamieni, śpiewam,
stojąc jak pomnik przy balustradzie Kadzielni.

- Tęsknisz?
- Jeśli, to tylko za krzyżem pokutnym ze starego cmentarza,
którego nikt nie potrafi określić.

Nie ma już cegielni, gdzie paliłem pierwsze papierosy
i radzieckiego czołgu. W murach wymienili cegłę na nową,
nawet św. Nepomucen jest już tylko repliką.

SŁOWO

jest, będzie i pozostanie w moich palcach.
Będę je opowiadał dzieciom i dzieciom dzieci,
polskiemu narodowi i ślepemu światu.

OJCZE!

Tak niewiele zostawiłeś czasu, a mała ojczyzna
woła bezsennymi nocami. Tęskni za synem.

Pozwól jeszcze stąpać gołymi stopami po wrzosie,
w którym z ojcem szukałem grzybów
i gdzie uciekałem z dziewczynami, zamiast iść na różaniec.

Nie zamieniaj w słowo moich wspomnień!


03 luty 2008

niedziela, 20 stycznia 2008

Indianin zna los poety

Karuzela czterech ścian wirując cofa czas;
krystalizuje się, by wyświetlić chwile od teraz do przedtem.

Znikają przestrzenie, w których mogłem tańczyć,
powietrze robi się lepkie, bolą płuca,
Omdlałe serce traci zmysły, a z żył...
Z żył ciekną kwiaty na nagrobną płytę.

Poetę położono w trumnie, ciało pędzi autostradą;
na poboczu Indianin pokazuje palcem kurwy
- jestem każdą z nich, sprzedawałem się tyle razy.

W źródle światła leży kobieta, ukrzyżowana
na MOIM marmurze, z dłońmi przybitymi słowem.

MOIM SŁOWEM!

Drży, chce pisać i rodzić kwiaty. Przygnieciona
MOIM zwierciadłem nie sięga pióra i atramentu.
Nasiona usychają, dąb w ogrodzie więdnie.

WIĘDNIE NAWET WODA.

Zły zegar zliczył wszystkie dobre chwile
i każe sobie za nie płacić, raniąc każdego
kogo dotknąłem, kto tylko na mnie spojrzał.

MUSZĘ SIĘ ZABIĆ.

Ciało oddadzą poecie, kurwy zejdą z pobocza,
Indianin położy się spać, a kobieta napisze wiersz.
20 styczeń 2008

wtorek, 15 stycznia 2008

Opera Narodowa

z dedykacją dla Sławomira ‘Plezantropa’ Majewskiego i Wojciecha ‘Irydosa’ Mazura

Operą nie słowo na pięciolinii i nie ocean
poza granicami Polski.

Pamiętasz Przyjacielu ten czas?
Piwo rodzime, Irydos, burza za oknem w Gdańsku,
Ty i ja.

A kiedy Aleja Grunwaldzka tonęła,
i parasol tkwił w piersi jakiegoś nieszczęsnego kierowcy,
malarz zabrał poetę na łono rozdziewiczonej, porzuconej plaży.
Rotterdam-tenor milczał zniewolony,
zaś akt nieskończony trwał
(tak po dziś północny brzeg ojczyzny gra).

Pochyliłem się w ciszy wiatrom,
morzu i spokojnie nucącym falom.
Dłoń zanurzyłem w piasku pokrytym muszelkami,
szukając ukrytych nut - na próżno.
Drżenie palców obudziło jantarowe dzwoneczki
i kropelki wody, tulące się do ziarenek kruszcu.

Opera polskiego Bałtyku nie ma scenariusza,
kartek słów i nut - żyje, pulsuje i dźwięczy,
wystawiając na scenie obrazy narodowej tragedii.
Ballady marzeń o państwie czystym jak jeziora
z czasów pierwszych Piastów i wielkiej
jak obfite w żubry bory Jagiellona.

Pamiętasz Przyjacielu ten czas?
Piwo rodzime, Irydos, burza za oknem w Gdańsku,
Ty i ja.

A kiedy wróciłem pod ręcznie heblowaną antresolę
i piłem z wami wódkę, znałem już tajemnicę obrazów malarza.
I tak jak on pędzlem i farbą, ja słowem wracam
do śpiewu Bałtyku o naszej Polsce.

I nie będą mi śpiewać Litwa, ni stepy Akermańskie,
ale woń morza od Gdańska do Świnoujścia,
wierzby parków lubelskich, kosmos odbity w Jeziorze Wulpińskim,
Czorsztyńskim, woda Wisły spod Grudziądza, Krakowa
i śląskie familoki stojące pod zamkniętym szybem kopalni.

Bo nie uciekłem nad Tamizę, gdy zdradliwy komornik
zabrał ojczyźnie ostatnie skarby,
za które miała kupić dzieciom chleb.
Jestem tu, w Kielcach, stoję na łonie Wietrzni
i piszę wiersz...
15 Sty. 2008

piątek, 28 grudnia 2007

Bursztyn, żmija i pociąg poza x, y, z

Zaczynam rozumieć, dlaczego poeci
tak często odbierają sobie życie.

Stół, drzemiąca lampka, bursztyn
emanujący odbicie człowieka, którego znam
i chleb - taki zwykły, powszedni, czerstwy
jak codzienność, której nie da się dłużej trawić.
Wolę ryż, barwiony w kurkumie - dziki, orientalny,
albo nasze, kresowe pierogi
z jagodami pełnymi lasu,
które uwielbiam dotykać (pulsujące
pod zielonymi koronkami, z posmakiem
niedojrzałości, kryjące jadowitą żmiję).

Z ostatniej kromki chleba, wzorem Irydosa,
ulepiłem piramidkę – dla tych, którym zabrakło.
Trójwymiarowa figura geometryczna
dla trójwymiarowych ludzi, widzących tyle,
ile zobaczą i słyszących podobnie.
Nie potrafię się nasycić chlebem
- bursztyn zamknięty w butelce o tym wie.

Szaro-błękitne oczy otoczone blond aurą,
dwie niezbyt duże piersi, nie znające jeszcze
ust głodnego maleństwa.

- Świdruje do mechaniki mentalności,
chcąc zrozumieć, dlaczego w moim równaniu,
dwa plus dwa daje nieskończenie wiele.
Moje piersi karmią świat, usta syciłem
nie poprzednim, ale przyszłym pokoleniem.
A ona by chciała rozłożyć ramiona
i spłaszczyć ciało do wektorów x, y, z,
sprawiając przy tym tyle bólu.
Wolałbym biały kaftan z rękawami
przerośniętymi do kolan,
równoległy do ciała granit,
na kilka stóp powyżej dębowej deski,
od zwykłego jutra, słońca, ptaszków
i obiadu podanego pod ryj.

Czwarte Oko Boga tkwiące w piramidce,
zbudowanej palcami z chleba, wizualizuje obraz
na otaczających ścianach - obraz mnie.
Bez pędzla, pióra, bez słowa. Jadącego autobusem,
smutnego jak ludzie. Kurwa!

Luksusowe przedziały w pociągu do wieczności
już dawno zajęte. Zostały banalne miejscówki
w drugiej klasie. Nie życzę sobie
tak naturalnego pochówku, jak cykl pór roku.
Nie sypiam nocą i nie piszę tekstów
do kołyski przeciętnego dziecka.
Zgon...

...będzie tylko jednym, z wielu wersów
niekończącej się, wieloprzestrzennej hybrydy.

28 grudzień 2007