wtorek, 10 sierpnia 2010

Wywiad z Markiem Olszewskim

M.N.: Ostatnio na forum pojawiła się swoista moda na wywiady; to z członkami grupy, to z użytkownikami, nikt jednak jeszcze nie wpadł na pomysł (bądź nie odważył się), aby przeprowadzić wywiad z Markiem Olszewskim. Jesteś jakby nie było główną i najważniejszą postacią forum Poezja Art - założycielem.
Ja się czujesz jako ojciec tak dużej, bądź co bądź anonimowej społeczności? Co Ci dało prowadzenie forum poetyckiego? Jak patrzysz na to z perspektywy tych lat od założenia forum do dnia dzisiejszego?
 

M.O.: Spodziewałem się wywiadu z Twojej strony, jednak muszę przyznać, że zabiłaś mnie swoim prostym, acz niełatwym pytaniem.

Myślę, że odpowiedź jest różną, w zależności od tego, jakiego momentu życia dotyczy. Początkowo Poezja ART było azylem amatorskiej poezji. Jak widać z regulaminu, do dziś nie tolerujemy tu chamstwa, z którym można się spotkać na wielu serwisach. Chciałem stworzyć miejsce, w którym spokojnie można było dzielić się swoją niekoniecznie udaną twórczością, rozwijać talent, życzliwie wymieniać uwagi. Miejscem, do którego miło wejść. Poezja ART było również moim sposobem na samotność
...i tak przechodzimy do kolejnego momentu. Forum poetyckie zamieniło się w dużym stopniu w portal społecznościowy. Użytkownicy zaczęli się zaprzyjaźniać, odwiedzać, zaczęliśmy organizować spotkania. Tu poznałem moją żonę (masz odpowiedź na kolejne pytanie), pośrednio dzięki przyjaźni z Asią Treder poznałem świadka, chrzestnego dla mojego syna, Ciebie, Agatę Frączek i jej mamę, które są moimi wspaniałymi przyjaciółkami (w trudnym etapie życia podały mi pomocną dłoń) . Powiedzieć można, że to właśnie to miejsce spowodowało, że przeprowadziłem się ze Śląska do Kielc - bez wątpienia, Poezja ART zmieniło całe moje życie.
Poziom tego forum wzrósł. Dziś jest bazą pod wydawane przez nas czasopisma, w przyszłości - pod "papierowe" antologie. Przytłoczony czasochłonną pracą, obowiązkami administracyjnymi i redakcyjnymi, a nade wszystko rolą męża i ojca nie mam czasu na kontynuowanie zjazdów i spotkań (kiedyś chciałbym do tego wrócić, jeśli Bóg pozwoli). Dziś to forum jest zarówno sentymentem, jak i czytelnią - tylko tutaj mogę przeczytać "prawdziwą" (jak dla mnie) poezję. Myślę że czytanie anonimowej twórczości (Mickiewicza, czy Wojaczka, o których prywatnie się nic nie wie) jest niepełne. Zupełnie inaczej czyta się Kwidzińskiego, Małek, Reczyńską (stąd też potrzeba wywiadów). Poza tym autorzy tej poezji tworzą równolegle do mojego życia - to co piszą dociera do mnie, bo pochodzi z tego samego świata.

Jak się czuję jako ojciec tego miejsca (?). Jaki tam ze mnie ojciec? Ja tylko wkopałem kamień węgielny, pod gigantyczną konstrukcję, która buduje się własnym rytmem i prawami. Kiedy zakładałem serwis "Strefa Z_28" (fundament dzisiejszego Poezja ART) nie byłem w stanie przewidzieć (zaplanować) skutków istnienia tego portalu. Myślę, że jestem dumny z Poezja ART. Szczególnie, gdy porównuję twórczość użytkowników z czasów kiedy się tu zarejestrowali z tą aktualną - jest efekt, a co za tym idzie - jest sens.

I jeszcze jedno - nie jesteśmy sobie anonimowi. Poezja, którą na tym forum promujemy (wyróżniamy), to nie efekciarstwo, moda i trendy, ale zwierciadło duszy. Czytając ją, analizując i wsłuchując w jej słowa, poznajemy autora głębiej, niż zna rodzony Ojciec, czy matka. To głosy serc i umysłów kilku pokoleń - od Władysława Rysia, po Klaudię Raczek. To głosy różnych kultur, stanów posiadania, wykształceń, statusów społecznych itp. itd. Myślę, że to taka biblioteka notatek o tym co kryje się w ludziach tych czasów. Dlatego, skoro już przyczyniłem się do powstania tego miejsca, jestem zobowiązany je kontynuować.

M.N.: Powiedziałeś bardzo dużo, aż nie wiem do czego się odnieść najpierw. Zauważyłeś, że dzięki spotkaniom, zjazdom nie jesteśmy anonimowi, ale tamta stała-stara gwardia powoli się wykruszyła. Nie ma Agaty, Kasi, Kornelii, Asi, a na ich miejscu pojawili się nowi użytkownicy, których znamy jedynie z tekstów, komentarzy, ewentualnie prywatnych wiadomości. Dawne forum żyje dziś nowym,innym życiem niż dwa lata temu, tworzą je inni ludzie. Choć zawsze podkreślasz, że ważne dla Ciebie i forum osoby w każdej chwili mogą wrócić i być, dziś są tylko wspomnieniami tego miejsca, dobrymi duchami. Wszystko się zmienia, czas płynie w zastraszającym tempie. Ludzie odnaleźli swoje drogi, mają inne obowiązki i coraz mniej czasu na poezję. Ty jesteś ojcem, mężem, żywicielem rodziny, a obok tego jesteś poetą. Bardzo aktywnym, bo jeśli nie piszesz wierszy, promujesz swoje dziecko (forum) na terenie miasta i województwa. Powiedz, co czujesz, kiedy czytasz o gaAD w wici.info, Teraz, poetyckiej poczcie? Jak się czuje założyciel tego miejsca podczas Wierszoczytania w Odjeździe? I czym dla Ciebie jest poezja, ale nie ta pisana, równo ułożona w wersy, ale poezja szerzej rozumiana. Jest częścią życia, czy może odskocznią od szarej rzeczywistości? A może jeszcze czymś innym? I jak odnosisz się do nowego forum; nowych ludzi którzy stopniowo zastępują tych sprzed kilku lat? Czy myślisz, że za dwa, trzy lata znów pojawią się nowe nazwiska, a np. Kamil, Iga, czy Klaudia będą wspomnieniami? Wybiegasz w ogóle tak daleko w przyszłość?

M.O.: Tak - ludzie rotują. Czas jest sprawdzianem dla poezji/poetów. Wielu ludzi pisze wiersze w młodości, nie wielu przy tym pozostaje. Tu wychodzi różnica pomiędzy chwilową pasją, a życiowym powołaniem - bo poezja, bycie poetą, to powołanie/misja.

Twarze się zmieniają i będą zmieniać. Faktycznie - dziś na forum nie ma już rdzenia, który go tworzył, no może w niewielkim stopniu Bartek Niesobski, Agata Frączek i Kornelia Romanowska. Ty, i Karolina pojawiłyście się w (że tak to określę) drugiej fali. Kolejna fala to Kamil, Iga, Asia Małek... I tak by można wymieniać. Dzisiejszych użytkowników forum nie macałem swoim paluchem, jak to miałem w zwyczaju robić podczas organizowanych przez nas zjazdów. Nie wiem jak pachną, wyglądają, ciężko mi też ocenić, na ile są "autentyczni" (mam na myśli to, w jakim stopniu to co o sobie piszą wierszach, ma się do ich osobowości). Myślę, że tu wielką szansą są cykliczne Odjazzdowe Wierszoczytania. Naszym zadaniem jest wypromować je i zachęcić do udziału w nich naszych użytkowników - może by tak na przykład raz w roku zrobić Wielki Finał (który odegrał by rolę dawnych zjazdów)?

Co czuję, gdy czytam o gaAD w czasopismach/publikacjach(?) - Nie mam pojęcia. Ot - fajnie jest przeczytać, że ktoś nas zauważył. To taka łapka odbita w czasie. Jak te robale, które można znaleźć w kamsztorach walających się po Kadzielni (ew. muchy i komary w bursztynach). Na Wierszoczytaniach nie czuję, bym się wyróżniał. Czuję się dobrze, bo lubię przebywać w poetyckim/artystycznym gronie. Z przeciętnym/statystycznym Kowalskim ciężko rozmawiać o sztuce. Kiedy chcę w pracy z kimś porozmawiać o poezji, to reaguje się na mnie, jak na dziwaka. Na Wierszoczytaniach takie rozmowy są czymś naturalnym, miłym i oczywistym.

Poezja jest dla mnie samym życiem. Faktycznie - poezją nie są wiersze, które stanowią raczej z niej notatkę/zapis/krótkie ujęcie. Mottem tu są dla mnie słowa Stachury: "wszystko jest poezją". Tak więc na pewno nie jest odskocznią - ona po prostu jest.

M.N.: Opowiedziałeś o forum i grupie, a teraz pozwolę sobie wyciągnąć od Ciebie troszkę osobistych zwierzeń. W 2006 roku opublikowałeś wiersz pt. Gitara. Zaczynasz go od pytania kim jest kobieta poety? I odpowiadasz, że jest gitarą, na której poeta gra, dostraja struny, itp. Wtedy jeszcze nie przeczuwałeś, że ożenisz się z poetką, która być może potrzebuje własnej gitary i nie w smak jej dostosować się do nastrojów męża - artysty. Dziś na forum obserwuję Wasze poetyckie dialogi, oboje piszecie o codzienności, o tym co Wam przygrywa w duszach, ale powiedz jak wygląda proza życia dwójki artystów o bardzo wybuchowych charakterach? Czy temperament jednego z Was jest poskramiany przez drugie? Kim jest dziś dla Ciebie Twoja kobieta - poetka i kim Ty jesteś dla Niej? O czym nie piszecie w swoich wierszach, a co chciałbyś powiedzieć czytelnikom?

M.O.: Zapomniałaś dodać, że rok później opublikowałem wiersz "Moja kobieta poety", będący parafrazą "Gitary", w którym znajdują się odpowiedzi, na zadane przez Ciebie pytania:

"Nie jest gitarą -
wzorem kobiety poety.
Jest harfą, co to sama gra.

[...]

Nie stroił będę harfę,
nie na niej grał;"

Faktycznie, związek dwóch artystycznych dusz nie jest spokojną "Fur Elise", a raczej "V symfonią" - jak piękną, tak burzliwą i pełną emocji (zarówno pozytywnych, jak i tych mniej pożądanych).

Piszemy podobnie jak do tej pory o wszystkim, z czym się stykamy - o naszym życiu, które się nieco zmieniło i równolegle do niego zmieniły się treść, oraz akcent naszych wierszy. Tym samym nie ma już w mojej poezji pijanego, samotnego autora - jest mąż i ojciec pełen wiary, nadziei i obaw o jutro. Jest miłość, troska, utrudniający codzienność Supervisor i wspomnienia przeszłości, bez której nie bylibyśmy dziś tymi, którymi jesteśmy (Bursztynowe Zwierciadła).

Co chciałbym powiedzieć czytelnikom (?). Jeśli nie jesteście pewni swojej wzajemnej silnej/prawdziwej miłości, to lepiej nie pakujcie się w taki związek, bo nie przetrwa jednej nocy. Tu musi być to "coś", czego żadna poezja nie jest w stanie opisać.

M.N.: Nie zapomniałam Marku, chciałam, żebyś sam to powiedział. Wspomniałeś, że Twoje pisanie zmienia się wraz z przeżyciami. To chyba oczywisty odruch każdego artysty.Ciężko pisać o bólu, skoro się go nie doświadcza, jak ciężko pisać o szczęściu, skoro nie ma sensu życia, prawda? Wspomniałeś też Supervisora, a ja chciałabym przypomnieć jeszcze jeden cykl Twoich wierszy, do dziś funkcjonujący jako Twój znak rozpoznawczy - Trzy Teatry. Czytając je obok Supervisora aż trudno uwierzyć, że wyszły spod pióra tego samego autora. Powiedz, co zostało dziś w Tobie z dawnego Ciućki-poety przeklętego? Czy Supervisor jest Twoim kolejnym znakiem rozpoznawczym i czy według Ciebie zdeklasuje Teatry? A w końcu, czy w poezji (jak i w życiu) Olszewskiego ów Supervisor zajął szczególne miejsce i będzie powracał? Czy od początku zakładałeś, że powstanie cykl o Supervisorze? Jak dziś postrzegasz Teatry? Czy były tylko ulgą poety w cierpieniu, czy może podświadomą zapowiedzią nieoczekiwanego szczęścia, zmian w życiu? I jeszcze, czy wśród Twoich wierszy masz swoje ulubione? Takie, do których czasem wracasz, wspominasz jak to wtedy było? Są takie, które zajmują szczególne miejsce w sercu Marka?

M.O.: "Trzy Teatry" na zawsze pozostaną fenomenem w mojej Bibliografii. Tu może należy się wyjaśnienie, jak powstały. Zaczęło się od rozmowy z pewną młodą artystką z Rabki, która miała zaprojektować dla mnie tatuaż. Grafika miała być oparta na jednym z moich wierszy, ale tekst ów miał być pigułką całego życia. Tak powstało "Opętanie" i na tym utworze miało się zakończyć, jednak wspomniany utwór pociągnął za sobą "Opętanie 2" i "Opętanie 3". Po "Opętaniach" (pigułkach), pojawiły się trzy sceny szaleństwa - "Obsesje". Kobiecość i ból gwałtu/rodzenia oddają tu cierpienie związane z procesem tworzenia poezji (należy też dodać, że impulsem było tu pewne autentyczne przeżycie z nocnej Nowej Huty, podczas którego wymieniłem się krwią z pewną współczesną wampirzycą). Po nich przyszedł czas na obrazy z przyszłości ("Traumy") - wizje (zaczerpnięte z życia pewnego niespełnionego poety z Wieliczki), których się bałem. Wtopiłem się tutaj w ciało własnej (wyimaginowanej) córki, bym mógł jej oczami spojrzeć na całe swoje życie i obraz poety. Te trzy akty stanowią rdzeń "Trzech Teatrów". Po kilku latach, w związku z gwałtowną zmianą kierunku życia, powstały trzy sceny "Lustracji" - odpowiadają wprost, że cień trzech poprzednich scen pozostanie na zawsze w tle mojej osoby (to cień przeszłości, bez której nie byłbym tym, kim jestem dziś). Dodatkowo powstało wiele nawiązań do zasadniczego rdzenia (wśród nich można znaleźć kombinacje różnych cykli i czwarte sceny trzech aktów). "Trzy Teatry" są więc nie tylko wizytówką przeszłości, ale całym procesem, w wyniku którego powstał człowiek, z którym dziś rozmawiasz. Bez nich, nie można mnie zrozumieć.

"Supervisor" nie jest tak skomplikowany i również powstał z przypadku. Podobnie - zaczęło się od jednego wiersza i nie myślałem o cyklu. "Supervisor" jest siłą zewnętrzną, która niszczy wszystko to, co udało mi się stworzyć/osiągnąć. Trudno mi coś więcej mówić o tym cyklu - na dzień dzisiejszy, jest zbyt bolesny, ale bez wątpienia to jeden z ważniejszych cykli jakie napisałem i faktycznie mógłbym go określić jako następcę "Trzech Teatrów", jednak gdzieś pomiędzy należy jeszcze włożyć "Bursztynowe Zwierciadła", które mają rolę podobną do "Lustracji".

Do moich ulubionych wierszy należą "Relikty", będące pewną ciekawostką, należy bez wątpienia "Opera Narodowa", "Ballada bezbożna", wspomniana prędzej "Gitara", cała seria spółgłosek, no i rzecz jasna: "777 - kielecka onomatopeja"... W zależności od nastrojów, wracam do różnych wierszy. Każdy z nich jest jakąś kartką z pamiętnika.

M.N.: Zapytałam Cię o forum, grupę, żonę i o poezję. Jest jeszcze jedna kwestia, którą chciałabym teraz poruszyć. Jesteś Marku rodowitym Ślązakiem, od kilku lat mieszkasz w Kielcach. W dodatku zjechałeś bodaj całą Polskę wzdłuż i wszerz, masz więc obraz mentalności Polaków z różnych regionów kraju. Moja chrzestna matka, od wielu lat żona Ślązaka, w rozmowie na Twój temat stwierdziła kiedyś: to nie jest prawdziwy Ślązak. Prawdziwy Ślązak nigdy by nie stamtąd nie wyjechał. Jak się do tego odniesiesz? czy stereotypy ślązaków funkcjonujące w dzisiejszych czasach mają rację bytu? Na ile są prawdziwe? Jakie wartości wpojone Tobie w dzieciństwie przekażesz sowjemu synowi? Czym statystyczny kielczanin różni się od Ślązaka? I wreszcie: na ile Ty czujesz się dzisiaj Ślązakiem, a na ile kielczaninem? Czy w ogóle czujesz się kielczaninem, czy tylko zasymilowanym gorolem?

M.O.: Coś jest w tym, co powiedziała Twoja ciocia. Kiedy opuszczałem Śląsk, kierowany głosem serca, znajomi mówili do mnie: "Kaj ty jedziesz synek? Dyć tu mosz tyla szwarnych frelek. Na co ci jakoś gorolica?". Serce jednak wygrało. Może dlatego, że do końca, takim czystym Ślązakiem nie jestem. Analizując moje korzenie, znaleźć można Austro-Węgrów, Niemców, Czechów, Polskich górali i oczywiście Ślązaków. Od trzech pokoleń moi przodkowie podróżują. Prababcia ze strony ojca przywędrowała właśnie z Austro-Węgier w okolice Beskidów, dziadek (jej syn) - za chlebem, z tobołkiem na plecach przeniósł się służyć na śląskim dworze, gdzie poznał babcię. Drugi z dziadków z przyczyn politycznych opuścił okupowane Zaolzie i wstąpił do polskiej armii (w międzyczasie zwiedzając kawałek świata). Babcię poznał uciekając po raz kolejny, z któregoś z obozów koncentracyjnych. W moim dialekcie znajdziesz dużo naleciałości z gwary góralskiej... Najprędzej więc, podświadomie przyszło mi kontynuować zwyczaje rodzinne, a kiedyś mój wnuk, w jakimś wywiadzie powie, że jego dziadek to się szwędał po Polsce i w końcu osiadł w Kielcach (czy na stałe, to się okaże), gdzie znalazł Babcię.

Czuję się Ślązakiem, szanuję wartości, przekazane mi przez ojca - wartości typowe dla Ślązaka. Żona, dziecko, dom - są święte. Obserwując falę rozwodów, kurewstwa, ojców żyjących własnym fiutem, zapominających o tym, że kiedyś składali przysięgę przed Bogiem, zastanawiam się, czy jest to cecha Kielczan, "warchołów" którzy w Kielcach się osiedli, czy też problem współczesnego pokolenia. Ślązak (w tym i ja) nie uznaje rozwodu. Mojemu ojcu dziadek przy błogosławieństwie powiedział: "Możesz być wdowcem, ale rozwodnikiem nigdy". Mój ojciec tych słów mówić nie musiał - są dla mnie oczywiste. Z przyczyn finansowych nie jestem w stanie odwiedzać grobów moich przodków, ale nawet tutaj zapalam czasem świeczkę za ich pamięć. Kielczanie niezwykle rzadko wspominają zmarłych - więzi nie są takie silne. W moim rozumieniu samo pojęcie rodziny, oraz roli ojca i matki nieco się różnią - stąd częste batalie, jakie przechodzę z żoną (rodowitą Kielczanką z domieszką "warcholskiej" krwi). Stereotypy o Ślązaku są w większości prawdziwe, ale w dzisiejszych czasach niemożliwym jest, by tylko mężczyzna mógł pracować na utrzymanie rodziny, powierzając odpowiedzialność za ognisko domowe żonie. Trzeba się dzielić obowiązkami, uzupełniać i wstyd (z tytułu niemożności zarobienia samemu na dom i jego potrzeby) trzeba schować do kieszeni. Z resztą uważam, wracając pamięcią do dzieciństwa, że w związku ze stereotypem za mało miałem ojca i chcę mojemu synowi dać siebie trochę więcej.

Czy czuję się kielczaninem (?). Ja tu tylko mieszkam. Lubię Kielce - to miasto mnie w jakiś sposób oczarowało, ale tęsknię za Żorami i uliczkami starego miasta, w którym się wychowałem. Swoją śląskość podkreślam i nigdy nie pozwolę o sobie powiedzieć, że stałem się "gorolem", bo nigdy nim nie będę. Podobnie jest z nazwiskiem. Przyjąłem nazwisko żony - taki kompromis i ciekawostka. Jednak w swoim podpisie "olszewski" piszę z małej litery - to taki gest w stronę mojego rodowego nazwiska, za którym ciągnie się kawałek historii rodzinnej. O Śląsku zawsze mówię "u nas", po śląsku, to "po naszymu" i tak pozostanie.

M.N.: No dobrze. Wiemy już o Tobie prawie wszystko. Ale na sam koniec jest jeszcze jedna kwestia, która mnie nurtuje od początku naszej rozmowy. Powiedz, jaki jest Marek prywatnie, w swoich czterech ścianach? Jakiej słuchasz muzyki, co czytasz, jakie filmy lubisz? Jak spędzasz czas wolny, czy robisz to co lubisz, czy to, co powinieneś zrobić? Wiem, że lubisz gotować, powiedz, czy w Twojej kuchni pojawiają się typowo śląskie potrawy? Zdradzisz nam jakiś swój sekret kulinarny? Przepis piastowany w rodzinie z dziadka na ojca, z ojca na syna? A może chciałbyś powiedzieć nam coś zupełnie innego na swój temat, coś czego nie poruszyliśmy w naszej rozmowie? Jakieś przesłanie dla czytelników? Ciemna strona Marka? Skandal?

M.O.: Aaa... Tego pytania zawsze się boję, bo nie potrafię jasno odpowiedzieć. Nie wiem jaki jestem. Może lepiej było by zapytać kogoś z mojego otoczenia? Muzyki słucham różnej - czasem dla ucha, czasem dla ducha (w pierwszym wypadku musi fajnie brzdękać, w drugim, oczekuję ambitnego tekstu z przesłaniem). To może być King Diamond, Kaczmarski, Tupac Shakur, Dżem - często do niego wracam i DDT (rosyjska popsa). W kwestii filmów jestem bardziej wymagający. Bez wątpienia liderami są: Seksmisja, Pulp Fiction i Leon. Filmy muszą być trudne, a jednocześnie muszą posiadać tło... Czasami to drugie, tak jak Gwiezdne Wojny (tylko pierwsza trylogia, malowana na obrazie zimnej wojny), czy Obcy (bezkompromisowy pęd globalizacji).

W domu lubię majsterkować, ciągle coś naprawiam, reperuję, poprawiam, zmieniam (nie lubię monotonii i kapiących kranów), no i czasem gotuję (ostatnimi czasy mniej, bo kucharzy w domu więcej, a u mnie krucho o każdą minutę). Rodzinną tradycją (jak to u Ślązaków) są czarne kluski, bordowa kapusta ze skwarkami i rolady w mocnym esencjonalnym sosie - dobry sos to połowa sukcesu. Lubię gotować i jeść tłusto. Moją osobistą wizytówką jest też kurczak (z chrupiącą skórką), z żółtym ryżem i brokułami - tym daniem przemówiłem poprzez żołądek, do serca mojej żony. W przypadku Ślązaka ciężko mówić o kulinarnym spadku po ojcu, dziadku - kuchnia jest monopolem dla kobiet, a ja byłem dziwakiem, bo przecież od gotowania ma się w domu kobietę.

Chcesz skandalu (?). A niech tam. Paliłem kiedyś trawkę - dużo i długo. Zdarzyły się też hasz i grzyby halucynogenne nigdy nie sięgnąłem po tzw. ciężkie narkotyki. Byłem też strasznym kobieciarzem (nim poznałem żonę)... Tu obowiązywała jedna zasada - nigdy nie schodziłem poniżej 18go roku życia i starałem się nie nawiązywać kontaktów seksualnych po spożyciu alkoholu (rozwódki, wdowy, panny i mężatki - żadnych skrupułów, a wręcz bym powiedział, że mężatki były najdzikszymi kochankami). Uważam, że wyszumiałem się "za kawalera" na całe życie. Dziś tym bardziej potrafię sobie docenić (i uszanować) rolę męża i ojca - skoki w bok nie są mi niczym dziwnym, a tym bardziej interesującym (to chyba cały plus wpływu tej przeszłości na teraźniejszość).

Jakieś przesłanie (?) Bądźcie sobą i nie starajcie się udawać kogoś, kim nie jesteście, bo i Wam będzie z tym ciężko (na dłuższy dystans) i Waszemu otoczeniu.

M.N.: Zatem dziękuję za rozmowę. Teraz na pewno nie jesteś już Tajemniczym Adminem, a zwykłym-niezwykłym człowiekiem. I Nic co ludzkie nie jest Ci obce.

Maria Nowak - sierpień 2010

sobota, 10 lipca 2010

SUPERVISOR

Klatka schodowa cuchnęła gotowaną kapustą i starymi, butwiejącymi wycieraczkami. Na jednym jej końcu wisiał barwny plakat, zbyt wielki do eksponowania w ciasnym wnętrzu (…), plakat z ogromną twarzą. Była tak namalowana, że oczy mężczyzny zdawały się śledzić każdy ruch przechodzącego. WIELI BRAT PATRZY, głosił napis u dołu plakatu. 

Podobnie jak Wielki Brat George’a Orwella, patrzy supervisor z cyklu wierszy Marka Olszewskiego. Supervisor to jedynie oczy i cień, ale ta bezpostaciowość pozwala mu na wszechobecność – wystarczą mu najmniejsze szczeliny, najmniejsza nieuwaga, żeby przekraść się w prywatne struktury podmiotu lirycznego; pozwala mu również na przybieranie zróżnicowanych kształtów - nawet tych pozornie pozytywnych - na podszywanie się pod dobre uczucia, dzięki czemu może podstępnie przemycać siebie do lirycznego świata, który powoli burzy od środka. A wie, którędy wejść, w czym się schować i gdzie się ukryć, czekając odpowiednich momentów, bo jego oczy – jak te z plakatu – nieustannie inwigilują, uważnie nadzorują każde poruszenie i każdy oddech – cień supervisora nie zasypia nigdy

Każdy z wierszy cyklu obowiązuje podział trzyczęściowy – łączący wszystkie elementy serii supervisor to postać dominująca w części pierwszej. Kształtuje on całą rzeczywistość, w której zanurzony jest podmiot i choć jego obecność nie jest od razu zauważalna, jest subtelniejsza i bardziej dyskretna niż mężczyzny z orwellowskiego ściennego wizerunku, to ingerencja w codzienność, przejawy ciągłego przebywania w tej przestrzeni najbardziej intymnej – domu – odczuwane są boleśnie przez wszystkich, którzy się w niej znajdują. Następuje degradacja pięknych i z trudem budowanych wnętrz. Początkowo jest to rozpad fizyczny – odrapywanie, przeciekanie, wypalanie, butwienie; rozpad ten jednak stopniowo przenosi się i miesza ze sferą uczuciową - przeżycia duchowe korelują ze stanami dotykającymi cztery ściany, z ich mechanicznym niszczeniem: zdaje się, że mury żyją w ścisłym, symbiotycznym związku z tymi, którzy je zamieszkują, przejmując ich emocje i to już nie przedmioty wiszące na ścianach, nie kształtne ozdoby stanowią o charakterze pomieszczeń, ale same pomieszczenia wyrażają to, kryje się głęboko w ciałach lokatorów. Translokacja w strefę układów nerwowych sprawia, że supervisor coraz bardziej się zadomawia – zadomawia, bo wrasta mocno w obszary osobiste, przelewa się w powietrze, meble, sztućce, zastawy i sprzęty domowe, i w domową miłość – tę małżeńską i tę rodzicielską. Z czasem jego zadomowienie zamienia się we wdomowienie – już nie można rozpoznać, gdzie dom, a gdzie supervisor, nie można zabić supervisora. Cykl zatrzymuje się w momencie zupełnego rozkładu w części pierwszej, czego chwilą kulminacyjną jest noc supervisorów – dezintegracja tak głęboka, że nawet sam supervisor ulega podziałowi, nie jest już jeden, ale pojawia się zwielokrotniony, zbiór zimnych obsesji i paranoi. Natomiast poziom tychże obsesji i paranoi odmierza okno – niczym czuły termometr lub waga łazienkowa, jego stan rejestruje i obrazuje nawarstwianie się tego, co negatywne, obce i niepożądane; to okno składuje ich ciężar, ale również nadzieję i siłę, które wyczerpują się wraz z jego erozją. 

Świat na zewnątrz, nawet oglądany przez zamknięte okno, tchnął chłodem. W dole, na ulicy, podmuchy wiatru wprawiały w wir kurz i skrawki papieru, a choć świeciło słońce, niebo miało barwę stali; wszystko było pozbawione koloru – z wyjątkiem porozlepianych wszędzie dookoła plakatów.

Część druga – środek kompozycji omawianych wierszy – to część najkrótsza. Jest to moment, w którym główną postacią jest sam podmiot liryczny, chwila tylko dla niego i to on oraz jego refleksje są w niej najważniejsze. Bo ta część to miejsce na przemyślenia, analizy, ocenę stanów przeszłych, przyszłych i teraźniejszych. Podmiot jak skrupulatny matematyk oblicza swoje emocje i energię, sumuje, dzieli i mierzy. Wyniki jednak go przerastają – początkowa wiara we własne doświadczenie oraz pewność czerpana z poznania, ulegają przemianie, zamiast nich pojawia się zmęczenie, wraz z coraz większym zmęczeniem – większa słabość i poczucie bezradności. Rodząca się i stopniowo wzrastająca niepewność względem swoich możliwości, obawa przed niedostatkiem sił, które pozwoliłyby mu na przeciwstawienie się nękającym go okolicznościom, sprawiają, że przeważać zaczyna uczucie zniewolenia, opętania przez zewnętrzne warunki, co jest przejawem przenikania treści poruszanych w części pierwszej; im więcej przestrzeni zajmują one w świadomości podmiotu lirycznego, tym mniej zostaje jej dla niego samego – podczas gdy dla niego na pierwszy plan wysuwa się wrażenie ubywania, zanikanie wszystkiego, co było kiedyś ważne, negatywne, supervisoryczne obrazy rozrastają się, zdając się być nienasycone. Środek jest to bowiem także miejsce o konstrukcji mostu, przewleczone pomiędzy częścią pierwszą i trzecią, krótki oddech po jednej i zbieranie sił w przygotowaniu do kolejnej, epilog sytuacji pokojowych i wstęp do pocieszenia.  

Moja mała, do widzenia już,
Jeszcze raz buzi daj,
A wywalczę ci kraj,
Wielki kraj pełen zbóż.
 

Podobnie jak u Tadeusza Gajcego, w części trzeciej cyklu dzieją się zmagania o własne miejsce, swobodne i obfite, własną ziemię czy bardziej – podłogę. Pojawia się w niej też, znów podobnie jak u poety, postać ogniskująca wszystkie najlepsze uczucia, także te motywujące potrzebę ochrony i dbałości; zaznacza się obecność jeszcze jednego bohatera – przedmiotu lirycznego. Przez podmiot nazywany jest maleńką, co pozwala ustalić relacje, jakie między nimi zachodzą. Użycie formy deminutiwa zdradza bowiem stosunek emocjonalny względem opisywanej za jego pomocą osoby, a także wzajemne zależności. Ten ton czułości mówi również o tym, że kobieta, której nadaje się tego rodzaju pieszczotliwe imiona, jest obiektem opieki i troski. To dla niej jest pocieszenie i budowanie spokojności, dla niej kołysanki o bezpieczeństwie, ufności i miłości. Jednak, jak było w dwóch poprzednich częściach, w tej także początkowe stany ulegają zmianie, a nawet zamianie – to ta otaczana opieką ma stać się źródłem opieki, ta wymagająca ochrony ma przejąć rolę ochronną. Kobieta, niczym w greckim wzorze, dostaje insygnia, pozwalające na przybieranie póz kariatycznych, podtrzymujących z pietyzmem rzeźbione konstrukcje. Wobec zaznaczającej się w powyższej części bezradności podmiotu lirycznego, jego stopniującego się poczucia bezsilności, to ona staje się centrum siły, centrum życia i nadziei, a zatem i przyszłości. W niej też znajduje się cała stabilność, pewność i niezmienność wszystkich najważniejszych, podstawowych wartości, tych prostych i pierwotnych, do których zawsze można wrócić. Jest w tym atawistyczna wiara, świętość i poszanowanie, czego dowód daje podmiot w aktach zaufania. To zdaje się być gwarancją ostatecznej nienaruszalności, ostatecznego przetrwania wspólnych więzi, nawet pomimo obaw i wątpliwości, a także tego, że i w tej części nie udaje się uciec od supervisora. Jego czujny wzrok sięga również w nią, jego cień przecieka z powyższych kondygnacji wraz z zaczynami chorób i rozkładu. I tak jak na początku narzędziem mierniczym rozpadania było okno, tak teraz skalę tę wyrysowuje się w poezji. Bo to właśnie terminologia wywodząca się z poetyki czy teorii literatury służy często podmiotowi lirycznemu do opisywania stanów życia. Słowa, wersy, metafory, apostrofy, atrament, kartki zapisane wierszami zdają się budować rzeczywistość, zdają się być jej budulcami podstawowymi, niczym komórki budujące ciało. Poezja więc, a także jej części składowe oraz przedmioty jej towarzyszące, jak wrażliwa rtęć rejestrują wszystkie zmiany. Za pomocą tych rekwizytów zaznacza się niszczenie i rozpad, butwienie i obumieranie szczęścia i dobrych uczuć. Nawet dwojaki, będące wynikiem poezji, na początku oddające jedność, nierozerwalność i wieczną trwałość, podlegają degradacji; dwojaki to zresztą jeden z ingredientów najbardziej osobistych w omawianych wierszach, nie tyle nawet dla podmiotu lirycznego, co dla samego autora. Jednak supervisor nie ma już tyle władzy i wolności co poprzednio, nie jest też tak bezkarny, a obszar jego działalności staje się coraz bardziej ograniczony; coraz bardziej ma dostęp jedynie do zewnętrznych przejawów prywatności, zatrzymuje się na najmniej intymnych liniach domowych. Choć i ta ingerencja nie jest bezbolesna, a doświadczenia tego rodzaju zmieniają wewnętrzne struktury. Najbardziej widoczna zmiana zachodzi w budowie przedmiotu lirycznego, dotyczy ona bowiem elementu, który pełnił funkcję określającą go – imienia. Nie jest to już maleńka, ale mała; brak zdrobnienia świadczyć może o zajściu swoistego procesu dojrzałości, wyczerpaniu się niewinności, w miejsce której trudne przejścia ukształtowały pełną świadomość i samodzielność. Jest to jednak nadal pojęcie nacechowane emocjonalnie, co nie pozostawia wątpliwości, jakich uczuć jest ta postać nośnikiem.  

Moja mała, otrzyj łzy,
Będę listy pisał ci,
O wojence nie myśl źle,
Moja mała, moja mała,
Mój ty śnie.
 

Wiesze wchodzące w skład cyklu Marka Olszewskiego ze względu na sposób złożenia są jak tryptyki ołtarzowe, obrazy z rodziną na pierwszym planie; może nie całkiem świętą, ale też nie do końca można takiemu stwierdzeniu zaprzeczyć, bo miłość, która mimo wszystkich nieszczęść i doświadczeń tylko się modyfikuje, ale jej nie ubywa, nadaje ludzkim więziom wymiar sakralny. Bo to właśnie o rodzinie. Nie dalekiej, nie telewizyjnej ani nie gazetowej, nie książkowej nawet. O rodzinie, w której wszystko się zdarza – trochę pięknej, trochę smutnej, trochę szczęśliwej, trochę mającej troski, w której każdy ma swoją rolę, choć bywa, że nie ściśle przypisaną. Bo jak napisał sam Marek Olszewski: „W całej tej popieprzonej gonitwie za pieniądzem, męskość traci na wartości... Zatraca się zasadnicze miejsce mężczyzny w domu. Rolę decyzyjną z konieczności przejmuje osamotniona kobieta, zlew kapie (bo kto ma naprawić), podobnie dach, rynna, płot przed domem. Syn zamienia się w nagradzaną materialnie, rozkapryszoną niewiastę, bo kto ma mu przekazać wzór męskości (?), kto ma z nim zbić karmnik dla ptaków (?), dać klapsa (?), albo ot po prostu pogadać o męskim punkcie widzenia świata.” W jego świecie literackim rodzina nie tyle naśladuje rzeczywiste życie, ile tym życiem jest. Cykl zatrzymuje się w pewnym określonym momencie – zatrzymuje, bo nie kończy. Pokój, otwierający swoje wnętrza, w które można patrzeć, ale które są tylko jego, pokój pulsujący emocjami i przemianami, z pewnością będzie jeszcze czekał – i na lokatorów, i na czytelników – jak w życiu.  

Świadomość, iż czeka na nich pokój, do którego nikt inny nie ma dostępu, była nieomal równie przyjemna jak przebywanie w nim. Pokój wydawał się minionym światem, skansenem przeszłości, w którym mogą bytować gatunki dawno wymarłe gdzie indziej.

Iga Reczyńska [Malik (przyp.aut.)] - lipiec 2010